Koniec rodziny adopcyjnej

Czy rodzice mają prawo wiedzieć, jak wygląda praca psychologa z dzieckiem? Jakie stosowano metody, na czym koncentrowały się spotkania? Jakie uzyskano rezultaty? Jakie techniki dobrano? Jakie są kryteria oceny skuteczności pracy psychologów? Czy skutek takiej pracy zawsze jest pozytywny? Jak ta praca jest nadzorowana i weryfikowana?

Próbowaliśmy rozmawiać z chłopcami o zaistniałej sytuacji, jednak Ci nic nie odbierali. Wyrażali przekonanie, że to nasza wina. Dodatkowo ich zachowanie – szybko weszli w poprzednie role. O nauce nie było mowy, na próby zagajenia rozmowy, jeden odganiał nas jak natrętne muchy, zajęty grą na komputerze, drugi kwitował: „Tatusiu, nie chce mi się z Tobą rozmawiać. Po prostu nie mam ochoty.” Po czym szedł do siebie i przez 2 – 3 godziny wisiał na telefonie lub komunikatorze. Dobrze się bawił. I tak dzień po dniu. Tygodniami. I kłamstwa, kłamstwa, kłamstwa. Właściwie każdą odpowiedź należałoby weryfikować, gdyż jej wiarygodność należało w najlepszym razie ocenić na 10%. I to zarówno w sprawach ważnych, jak i zupełnie nieistotnych. Nie było sensu pytać o cokolwiek, bo każdą odpowiedź należałoby weryfikować. To jest niewyobrażalne obciążenie.
Mijały kolejne dni. Pozostawiliśmy chłopcom dużo przestrzeni, by nie czuli że naciskamy ich na zachowanie, wyniki w nauce, czy na cokolwiek. Zapewnialiśmy wsparcie. Niestety nastolatkowie podążali wyznaczoną przez swoich biologicznych rodziców drogą. Próbując dopasować do tego swoje otoczenie, w tym wypadku nas. To znane i często obserwowane postępowanie dzieci dotkniętych FAS i pochodzących z rodzin patologicznych.
W odpowiedzi na zwyczajne: „Może już pójdziesz spać?”, padało: „Nie tym tonem mamusiu, bo Tobie też założę niebieską kartę”. Albo „Musisz wiedzieć, Tatusiu, kto tu rządzi, kto tu jest alfą.” Padało na wpół żartem. Szok. Żona znowu płakała.
Szlę przeważyła prezentowana każdego dnia fascynacja złem. Nad biurkiem jednego z nastolatków pojawili się ulubieni bohaterowie Lucyfer i Jocker. Chłopcy malowali sobie twarze i robili zdjęcia upodabniając się do Jockera. Stałym tematem przy wspólnych kolacjach, byli wspomniani idole. Fascynacja nimi, a zwłaszcza ich patologicznymi zachowaniami, była niewyobrażalna. Nieudolnie przykrywana stwierdzeniami, przecież to aktorzy, „musisz to rozumieć tatusiu” itp.
Któregoś razu, kiedy temat „Jockera” był „wałkowany” kolejny raz z rzędu, zapytałem: „Czy, nie możemy pomówić o czymś innym i dlaczego właściwie rozmowy ciągle toczą się wokół zła? W odpowiedzi słyszeliśmy: „Bo mi się wszystko z krwią kojarzy” – powiedział młodszy, wskazując ketchup. „Bo we mnie siedzi demon”, dodał ze śmiechem. Chłopcy bawili się w najlepsze. My byliśmy przerażeni.
Tak nie funkcjonują rodziny. Normalne rodziny. Chłopcy wywierali na nas coraz większą presję, zaspokajając swoje potrzeby dopaminowe i podążając drogą wyznaczoną przez genetykę i zaburzenia początkowych lat życia. Próbowali podporządkowywać nas swojemu stylowi życia. W krótkim czasie, zostaliśmy sprowadzeni do roli noclegowni, jadłodajni i bankomatu.
Kodem do wyciągania pieniędzy były kolejne kłamstwa: o spotkaniu klasowym, McDonaldzie, czy kręglach. Dziecku odmówisz? O nauce, komunikacji, wychowaniu, ba jakimkolwiek wpływie – znów nie było mowy. To niewyobrażalna sytuacja.
Pewnego dnia odebraliśmy telefon z ośrodka adopcyjnego, z prośbą o spotkanie z chłopcami, w celu podsumowania półrocznej pracy z chłopcami w okresie ich pobytu w Domu Dziecka. Zgodziliśmy się, choć później w formalnych dokumentach sądowych znaleźliśmy kłamstwo, że to my rodzice adopcyjni nie zgadzaliśmy się na spotkania dzieci z psychologami ośrodka adopcyjnego. W końcu skoro pracowali razem przez pół roku, pomyśleliśmy, że jedno spotkanie nic nie zmieni. Zmieniło.
Następnego dnia młodszy z chłopców napisał pismo z prośbą o powrót do Domu Dziecka. Napisał w min.:
„Piszę to bo chcę się wyprowadzić, a właściwie to wrócić do Domu Dziecka. (…) W domu rodzinnym jest mi źle, a mianowicie w domu czuję jak bym przyjechał tutaj na kilka dni, ktoś mi powiedział kiedyś, że muszę się tutaj czuć dobrze, bezpiecznie i pewnie a wcale tak nie jest. (…). Dałem szanse rodzicom, by pokazali na co ich stać i czy tak naprawdę chcą odbudować tę „rodzinę” ale nie widzę w tym przyszłości. Nie mówię, że to wina rodziców absolutnie ale sądzę, że najlepiej będzie jak nasze drogi się rozejdą i z biegiem czasu zapomnimy o sobie.”
Choć nie potrafił tego wytłumaczyć. Ale czy można od niego oczekiwać, że wytłumaczy działanie uszkodzonego mechanizmu dopaminowego w swoim mózgu? A może to przez idee włożone mu do głowy przez psycholożki, które wcześniej odmówiły nam pomocy?
Może podjąłby inną decyzję, gdyby otrzymał obiektywną prawdę o swoim medycznym stanie zdrowia. Wiedziałby, że kieruje nim biologiczna potrzeba uzupełnienia zaburzonych poziomów dopaminy, w niektórych obszarach mózgu, a poczucie dyskomfortu przez nie wywołane, będzie towarzyszyło mu podczas całego życia. Gdyby wiedział, że jego postępowaniem kieruje uszkodzony w niektórych obszarach alkoholem mózg, który wielokrotnie zaprowadzi go na manowce, żądając kolejnych dawek dopaminy i odmawiając motywacji do podejmowania wysiłku. I w końcu gdyby rozumiał długoterminowe konsekwencje i różnicę pomiędzy życiem w rodzinie, a w ośrodkach, bez fałszywej alternatywy stworzonej podczas terapii.
Do Domu Dziecka odwieźliśmy chłopców kilka dni później.
Nasz komentarz:
Chcieliśmy się dowiedzieć jak wyglądała praca z chłopcami w okresie ich pobytu w Domu Dziecka i co się wydarzyło podczas tej ostatniej sesji. W odpowiedzi usłyszeliśmy:
„(…) informujemy, iż szczegółowa treść czy przebieg konsultacji jest objęta tajemnicą zawodową – szczególnie jeśli chodzi o treści ujawnione przez klienta”. – Żadnej współpracy z rodzicami adopcyjnymi.
Pomimo wniosku, jaki do ośrodka adopcyjnego złożyliśmy, o udostępnienie tej informacji, do dziś nie wiemy, jak pracowano tam z dziećmi. Nie otrzymaliśmy dostępu do dokumentacji sesji.
Tak, nie powinno to wyglądać.
Brak współpracy z rodzicami adopcyjnymi odbiera ostatecznie szansę rodzinie. Jeżeli dodany do tego brak informacji zwrotnej dla dzieci adoptowanych o źródłach ich zachowań, zatajenie ich stanu medycznego. A finalnie wskazywanie im, jako winnych i odpowiedzialnych za zaistniałą sytuację, w której się znaleźli, rodziców adopcyjnych, w naszej opinii stanowi to oszustwo dokonywane przez terapeutę na pacjencie.
Mając w pamięci wcześniejszą postawę dyrektor ośrodka adopcyjnego i jawne odmówienie nam pomocy, nasuwa się bardzo poważne pytanie: Czy psychologowie ośrodka adopcyjnego, tylko nie pomagali? I jaki był skutek ich zaangażowania? Zaangażowania w co, bo przecież nie w odbudowę rodziny?
Diagnostyka potwierdziła FAS. Nie zdążyliśmy podjąć terapii. W zderzeniu z powrotem do wcześniejszych zachowań chłopców i tak nie bylibyśmy w stanie prowadzić jej mieszkając pod jednym dachem.
Jesteśmy przekonani, że taką terapię należy prowadzić, w procesie kontrolowanego rozdzielenia rodziny, kiedy dzieci będą miały określony cel powrotu do rodziny, co pozwoli wypracować pozytywne nawyki, pozwalające później na funkcjonowanie w rodzinie. Oczywiście z nieodzowną informacją zwrotną dotyczącą medycznego stanu zdrowia.
Jesteśmy przekonani, że w takiej sytuacji rodzinę można uratować, jednak elementem stabilizującym i utrzymującym rodzinę, jest jej rozdzielenie w nadzorowanym terapeutycznym procesie, utrzymanie relacji, a przede wszystkim bardzo intensywny program pracy z dziećmi ukierunkowany na korygowanie zaburzeń. Pomoc rodzicom, jest wymogiem absolutnie koniecznym.
Potrzebny jest proces, proces którego zabrakło.

← →