Pierwsze lata

Tak, jak obiecaliśmy w pokoiku dziecięcym znalazły się dwa łóżka, a z każdego spoglądał na wchodzące tam dzieci jakiś pluszak. Pluszowy żółty rak poduszka i zielono – pomarańczowy poduszko – żółwik stały się ulubionymi przytulankami chłopców na kolejne lata. I to pytanie: „Ten cały pokój jest tylko nasz? Taki duży.” Pokoik miał tylko 10 metrów kwadratowych.

Miesiąc miodowy trwał ok miesiąca. Wzorowe dzieci do rany przyłóż, zastąpiły te z zaniedbaniami wczesnorozwojowymi.
Do nadrobienia było dużo. Z ciemieniuchą poszło szybko, wolniej z kołysaniem wywołanym chorobą sierocą, z szewskim przeklinaniem też nie było łatwo. Początkowo Antoś był tłumaczem dla Kazika, do historii rodziny przeszło zdanie „naklek wlek”, po przetłumaczeniu „najpierw lew”. Ćwiczenia wymowy były codziennością. Do nich dołączyły zabawy z piłką, którą teraz Kazik świetnie żongluje, a wtedy próba jej złapania kończyła się chwyceniem własnych łopatek na plecach.
Samodzielność była ok, to duża zasługa „cioci” Dominiki, prowadzącej Pogotowie Rodzinne. Bez wątpienia również włożyła w chłopców ogrom pracy. Nie docenionej.
I nauka. Ciągła nauka rzeczy, które dzieci w tym wieku już wiedzą i potrafią. Kolory, sztućce, ubieranie, mycie, poznawanie nowych słów: „proszę, dziękuję, przepraszam”, nazwy wielu podstawowych przedmiotów otoczenia, itp.
I tłumaczenie rzeczy oczywistych: „Nie należy rozgniatać ślimaczka kamieniem, wyjmować rybce oczka, wyrywać skrzydełek motylkom. itp.” Teraz wiemy, że to zachowania charakterystyczne dla obniżonego poziomu empatii.
Do tego dochodziło nadrabianie zaległości zdrowotnych: ćwiczenia logopedyczne, czy koordynacja wzrokowo ruchowa.
Wszystko na co rodzic biologiczny ma cztery lata, zrobiliśmy w dwa. To w znacznej części zasługa żony, która wzięła urlop wychowawczy i w całości poświęciła się chłopcom. Ogrom pracy i miłości. Kiedy dwa lata później idą do przedszkola, nie dość, że nie widać różnicy w zachowaniu pomiędzy nimi a resztą grupy, to można nieskromnie powiedzieć, że plasują się w jej czołówce. Zbierają świetne recenzje u wychowawców. Co prawda jedna z wychowawczyń nie radzi sobie z Kazikiem, który się alienuje z grupy, ale przeniesienie go do grupy Antosia, prowadzonej przez bardziej doświadczoną wychowawczynię rozwiązuje problem. Słyszymy: „Gdyby wszystkie dzieci były w połowie tak grzeczne i samodzielne jak Wasza dwójka, byłoby cudownie. Do prawdy nie wiem, na czym polegał problem z Kazikiem, u mnie jest idealny”.
Później szkoła. Każdy dzień to masa pracy. Część przedmiotów, tych humanistycznych bierze na siebie żona, te ścisłe biorę na siebie ja. Nie zastanawiamy się, ile pracy wkładamy w chłopców. W zasadzie cały wolny czas. Kończyny zwykle w sobotę uzupełniając to, czego nie dajemy rady przerobić w tygodniu. Ale do pracy jesteśmy przyzwyczajeni. Jednak z każdym rokiem ilość pracy narasta. Orientujemy się, że coś jest nie tak. Dzieci nie przynoszą ze szkoły żadnej wiedzy.
Nasz komentarz:
Kiedy po 10 latach, kiedy zwracamy się o pomoc do ośrodka adopcyjnego, słyszymy od psychologów adopcyjnych: „To cudowne dzieci, wspaniale wychowane, my tu z takimi nie pracujemy.”
Pomimo, że psychologowie widzą ogrom włożonej przez nas pracy, w oficjalnych pismach znajdują się jedynie wpisy: „Wygórowane wymagania” i „Nieudolni wychowawczo”. Wspaniałe podsumowanie 10lat życia. Mamy żal. To nieuczciwe traktowanie rodziny adopcyjnej przez kogoś, kto zna prawdę i wie w jakim stanie dzieci trafiają do adopcji i miał okazję zobaczyć efekty naszej 10-cio letniej pracy.

← →