Kruszynka

Nasz komentarz:

Chyląc czoła za 29 lat podejmowanych wysiłków oraz podzielenie się swoją historią zachęcamy do jej przeczytania, gdyż pozwala zobaczyć adopcję od drugiej strony. Adopcję, która pomimo nadludzkich wysiłków rodziców adopcyjnych…  

Przekazując poniższy tekst w Wasze ręce, pragniemy zwrócić uwagę na postawy tych, którzy nie wiedząc nic o problemach FAS i RAD, próbują pomagać. Mam tu na myśli rodzinę, psychologów, sędziów. Czy niewiedza ich usprawiedliwia?

Jednocześnie poniższy tekst dodaje kolejne dwa problemy do listy problemów powiązanych z adopcją:

Problem kolejnego pokolenia w rodzinie FAS’owców i RAD’owców. Jak pomóc dziecku, którego rodzice dotknięci są FAS’em i RAD’em i problemami z nich wynikającymi?

Problem pomocy rodzicom adopcyjnym poświęcili pomocy adoptowanym dzieciom i ich dzieciom, nie jako wbrew im i zostali sami. Jak bohaterowie poniższej historii przez 27 lat kochali i finansowali pomoc dla „rodziny specjalnej troski”. Przejęli na siebie koszty Państwa Polskiego. Kto teraz udzieli im pomocy?

Autorce(om) dziękuję za udostępnienie swojej historii. Z pewnością posłuży edukacji dużej grupy społecznej, w tym psychologów.

Zapraszam do lektury. Historia, jak każda publikowana na naszym portalu została zanonimizowana.


Kruszynka skończyła wiosną 27 lat plus dwa lata moich starań o adopcję, to 29 lat mojego i naszego życia. To skrót naszej adopcyjnej historii, bo książkę można by napisać i czytający mogą przypuszczać, że jest fantastyczna. Sama nie wierzę jak przeszły te lata, jak człowiek potrafi być silny dla innego człowieka.

Niestety jesteśmy już starzy, coraz mniej sprawni i nie mamy nikogo, kto powiedziałby bezinteresownie mamo, tato, albo babciu i dziadku.

Machina adopcyjna lat dziewięćdziesiątych w zasadzie polegała na wydobyciu z rodziców adopcyjnych przysięgi, że będą kochali „obce dziecko” niezależnie od wszelkich okoliczności. Oczywiście wiele mówiono o wieku dzieci – im młodsze, tym bardziej plastyczne, podatne wychowawczo i na miłości opieka miała być zasadzona. Zdrowie i genetykę zręcznie pomijano. Wierzyłam bezkrytycznie wykładowcom kursów, biuletynom i dobrej woli ówczesnych sław psychologii.

Blisko 29 lat temu starałam się o adopcję jako samotna matka. Przeszłam dwa niemal równoległe procesy adopcyjne z wizjami lokalnymi, wypełnianiu setek testów. Z niespotykaną determinacją walczyłam o dziecko z psychologami i mafią jednoznacznie wyznaczającą nierealne kwoty w przedziwnych okolicznościach. Pieniędzy nie posiadałam, ale z całego serca chciałam poświęcić siebie malutkiemu człowiekowi. Im większa moja determinacja tym większe trudności i swego rodzaju bagno moralne, w które usiłowano mnie wciągnąć propozycjami handlu.

A potem nastąpił splot szczęśliwych zdarzeń.

Jeden z założycieli wielu domów samotnej matki miał idee fixe, aby porzucone dzieci chronić i oddawać do uprawnionych rodzin wprost z miejsca w którym się urodziły lub zostały znalezione – z pominięciem placówek opiekuńczych. Trafiłam do tej osoby i zaryzykowałam z wiedzą, że biologiczna matka może się wycofać. Kobieta ta rodziła dzieci jedno po drugim, zostawiała w szpitalach, a swoje otoczenie przekonywała o śmierci kolejnego dziecka.

W ten sposób moja Kruszynka znalazła u mnie dom w czwartej dobie życia. Formalności ciągnęły się jeszcze dwa lata. Wszyscy chcieli zarobić. Gubili dokumenty i celowo popełniali przedszkolne prawne błędy, wzywali na przedziwne jednoznaczne rozmowy.. Byłam uparta i harda. Pisałam skargi na opieszałość i krzyczałam na prezesów sądu. Nie mogłam skorzystać z urlopu wychowawczego, pomagała moja Mama i jeszcze wówczas partner, a potem szybko mąż, który usynowił naszą córkę.

Najgorsze jednak, że nasza Kruszynka nie chciała żyć.

Wyrywała sobie włosy, nie jadła, nie wydalała i nie spała. Nie dawała się przytulić, dotknąć, umierała na katar i uczulenia, dostawała zapaści, albo bez powodu 40 stopni temperatury. Nikt nie potrafił określić przyczyn, działałam instynktownie – nosiłam całe noce coraz cięższe dziecko przez 2 lata. W ogóle się nie kładłam, a jeśli drzemałyśmy to ciasno przytulone. Nawet nie umiem dzisiaj określić jak funkcjonowałam – walczyłam na adrenalinie, a każdego dnia dziękuję mojej już nieżyjącej Mamie za pomoc, serce i odwagę opieki nad nietypowym dzieckiem, gdy ja po prostu musiałam wyjść do pracy. Dziecko jednak dwa lata bez dokumentów, leczone prywatnie, a potem nie mieszczące się z dolegliwościami w tabelkach NFZ, czyli znowu prywatnie. Uczulenie to przeważnie brak zaplecza miłości matki – moja córka nawet piach musiała mieć przegotowany, by go przesypywać w piaskownicy na balkonie. Pranie w specjalnym proszku, jedzenie tylko z gospodarstw bez chemii, kozie mleko, zdobycie którego graniczyło z cudem. Brak łaknienia, leniwe kosmki, więc brak wydalania, nadwrażliwość na głosy, szelesty, lęki przed ciemnością, a potem nauka mowy, gdzie wiele miesięcy dziecko mówiło wyrazy do połowy. Np.: „sia na fo” – siadam na fotelu. Wielu lekarzy nie było przygotowanych na zderzenie z dolegliwościami psychosomatycznymi. Lata dziewięćdziesiąte życia nie ułatwiały…

Kolejna psycholog oceniała mnie badawczo czego ja nie rozumiem i czego poszukuję w dziecku, które sprawiało wrażenie zdrowego choć odgrywało swoisty teatr. Wczesne dzieciństwo Kruszynki zwieńczyło prywatne przedszkole, gdzie natychmiast siostry zakonne spostrzegły opóźnienia, próbowały im zaradzić, a ja szukałam pomocy. Znalazłam Instytut Terapeutyczny. Oprócz terapii w Instytucie dużo ćwiczyłyśmy. Kruszynka nie trafiała w drzwi, nie łapała piłki, malowała „węgiel” – obrazki czarne i bezkształtne czarne postacie, była zafascynowana krwią, nie mogła usiedzieć, a przy obiedzie kilka razy obiegała stół. Nie mogła oglądać telewizji i jeść słodyczy. Nie oceniała niebezpieczeństw, odległości, nie wykazywała żadnego strachu, co bywa niebezpieczne. Trwożyły mnie – zero inicjatywy i brak empatii w stosunku do ludzi i zwierząt.

Pierwsze moje załamanie to moment, gdy Kruszynka ugryzła mnie w rękę, tak bardzo nie chciała wyminąć bijatyki pijanych mężczyzn. W pociągu potrafiła usiąść na kolanach upatrzonej osobie, a z inną dla niej obcą, potrafiła odejść bez najmniejszego zahamowania. W ten sposób omal nie została uprowadzona ze sklepu spod mojej ręki, co przypłaciłam atakiem paniki. Nie mniej dom i przedszkole sióstr zakonnych stanowiły klosz współpracy i ochrony. Znalazł się też lekarz rozumiejący nasze problemy. Oczywiście dla diagnozy spędzał z nami w domu  wiele godzin, żeby ocenić zachowania, ale dzięki niemu dziecko kilkanaście lat nie otrzymało żadnego antybiotyku.

Generalnie oceniam, że moja intuicja skierowała nas we właściwą stronę, gdyż „gimnastyka mózgu” poprzez fizyczne ćwiczenia, ogólnie można nazwać – rehabilitacja jak przy porażeniu mózgowym, była bardzo owocna i zapewne przyniosła by lepsze rezultaty wdrożona znacznie wcześniej, a nie w wieku lat blisko pięciu. Nie mniej znacznie posunęła rozwój dziecka w sposób diametralny. Pływanie, ruchy naprzemienne, jazda na rolkach, wszelka aktywność fizyczna (oprócz hulajnogi) potrafi działać. Wydawało się również, że długie wyjazdy w góry i nad morze, wędrówki z plecakiem, muzea, teatry – rozwijają dziecko, dostarczają pozytywnych bodźców na każdym etapie. Byliśmy przez 17 lat bardzo aktywni  i staranni w tym względzie, chociaż niestety nasze dziecko wydawało się bardziej zachwycone przypadkowym zatłoczonym barem, niż rozrywkami z wyższej półki czy lekturą. Kruszynka była niestety zazwyczaj niezadowolona i nie odpowiadała uczuciami na uczucia, ale w sytuacji rodzonych dzieci też tak bywa.

Zderzenie ze światem nastąpiło w czasie rozpoczęcia roku szkolnego w klasie pierwszej. Moja śliczna, wystrojona Kruszynka kopnęła w krocze najwyższego kolegę z klasy i stała z buzią w ciup i ze łzami w oczach chlipała jako pokrzywdzona. Awantura a ona z błyskiem w oku.

I to był początek sześciu szkół zaliczonych przez moją córeczkę w ciągu kilku lat. W każdej szkole pedagog i psycholog, i … dyrektor i rady pedagogiczne, które miały zamiar roznieść nas w puch jako rodzicom udzielając podstawowej rady  – „dziecko trzeba kochać, przytulać i wychowywać”.

Żeby nasza rodzina ocalała, przenosiłam córkę do następnych placówek, a dyrektorki witały ten fakt z rzeczywistą ulgą. W każdej szkole moja córka kłamała, kradła, biła, klęła, rysowała genitalia w cudzych zeszytach i notorycznie wyznaczała sobie samodzielnie zadania domowe, np. zamiast czytanki, rysunek. Notorycznie pragnęła odbywać rozmowy z pedagogiem w czasie trwania lekcji przedmiotów ścisłych.

Współpraca z nauczycielami? Kilkudziesięciu ich było, ale może 2-3 osoby próbowały nie oceniać nas jako wyrodnych rodziców i ujrzeć problem. Nie wielu chciało np. podpisywać co stanowi pracę domową, ażebym mogła panować na programem. Niechęć do nietypowej pomocy tłumaczyli ilością dzieci w klasie i brakiem praktyki w tym zakresie.  Zgody na indywidualne nauczanie nie, bo postrzegano córkę jako absolutnie zdrową, inteligentną, a ona potrafiła uwodząco zabłysnąć niebywałą elokwencją przed każdym audytorium.

Przeważnie oceniano nas jako nieudolnych wychowawczo, podstarzałych rodziców krnąbrnej dziewczynki. Czasem pod gabinetem psychologa  słyszałam jak moja córeńka urabia wykształconą przecież osobę niby plastelinę. Następnie my byliśmy wzywani na besztającą rozmowę. W gimnazjum zbiorowa terapia psychologiczna zakończyła się kontaktem córki z narkomanem, który roztaczał  przed nią tajniki używek twardych i miękkich. Inteligencją i zdolnościami przewyższała rówieśników, ale niechęć do funkcjonowania w jakikolwiek ramach i dyscyplinie, powodowała zawsze zatargi z nauczycielami, rówieśnikami i ich rodzicami.

Psycholodzy i pedagodzy nie wiedzieli niczego ani o FAS, ani o RAD i wiele lat sprowadzali problemy do braku naszych umiejętności wychowawczych. Dostałam nawet naiwny poradnik, traktowany z pełną powagą – „gdy dziecko powie…. rodzic odpowiada np. ranisz moje uczucia” i według schematu dziecko się miało zreflektować, przeprosić, a dla nas poradnik miał stanowić wytyczne wychowawcze.

Niestety w pojęciu córki nie byłam dobrą matką i przyjaciółką – mnie nie brakuje rozeznania i inwencji, potrafiłam zawsze nie tylko wyczuć jej nadchodzącą chorobę, ale nastroje i bezbłędnie rozszyfrować notoryczne kłamstwa. Próbowałam mobilizować ją do wyciągania wniosków, ale jej brak perspektywicznego myślenia, brak strachu, brak empatii przerażał.  Eksponowałam moje uczucia, miłość, ale zawsze na dnie oczu jak studnia mojej córki widać było drgania pogardy, może zdziwienia…

Inteligencją moja Kruszynka przewyższyła kilkanaście konsyliów lekarskich, tak potrafiła zdobyć wiadomości na temat objawów, zastosować je u siebie i nie chodzić do szkoły. Leżała w szpitalu i stanowiła zagadkę dla różnych sław w Polsce z zakresu neurologii, chirurgii i chorób psychosomatycznych. Kiedyś po dwóch tygodniach została w końcu rozszyfrowana  i skierowana do przyszpitalnego psychologa, który…. stał się jej przyjacielem, a zrozumiałe, że wrogiem jej pouczanych i znowu zbesztanych rodziców.

W poprzednim szaleńczym systemie nauczania córka została wyrwana ze środowiska podstawówki, w której pracowała jedyna sensowna psycholog, do gimnazjum. Na szczęście znalazła się w placówce prowadzonej przez siostry zakonne i była to słuszna droga. bez „fajerwerków”, zmian, bodźców – wszystkiego do czego dążył organizm Kruszynki. Nadto siostry ze świętą cierpliwością i wiedzą. Nie kryły, że moje dziecko jest trudne, inne, ale nasza współpraca dawała rezultaty. Dzięki niej Kruszynka ukończyła gimnazjum z bardzo dobrymi wynikami, do tego wykazała niebywałe zdolności pamięciowe i językowe. Niejako przymuszona do niechcianej roli.

Mimo widocznych sukcesów osobistych córka nie traktowała nas ani z przywiązaniem, ani empatią, ani najmniejszą wdzięcznością za np. piękne wakacje, czy otrzymywane rzeczy. Byliśmy osobami, które należało oszukać, okraść, wyzyskać i popsuć im opinię jako istotom zmuszającym do wysiłku. Ludźmi do zwalczenia, wśród jej otoczenia i naszej rodziny.

Początkowo szukałam wsparcia na Forum Bocian, ale nie przystawałam do tamtejszej euforii adopcyjnej i część moich prawdziwych problemów moderowano.

Trafiłam na zamknięte forum gdzie rodzice przerażeni brakiem prawidłowego rozwoju dzieci ściągali amerykańskie wydawnictwa, do książek kupowali prawa autorskie. Drukowałam je w pracy. Tam pisano o FAS i RAD, o braku przywiązania, traumach i genetyce. Setki dobrych rozwiązań i ulgę, że ja nie odbiegam od normy, że nie jestem sama,  zawdzięczam obcym, podobnie ukrzyżowanych cierpieniem rodzicom. Cierpieniem dzieci i swoim. Cierpieniem na nienormalność.

Z wiekiem trudności przybywało. Kruszynka zawsze wybierała ludzi marginesu, podejrzane typy, chwilowe przyjaciółki narkomanki, albo tzw. „szlachtę, co to nie pracuje”.

Niestety siostry zakonne mimo dobrych wyników nie chciały przyjąć mojego dziecka do liceum. Wyzwania trzech lat gimnazjum zapewne pamiętają do dzisiaj. Nie pozostało nic innego jak kształcenie państwowe. Nadto po prostu brakowało nam środków finansowych  przy ciągłej rehabilitacji dziecka na różne prywatne sposoby, kompletnie nie popierane w żadnej państwowej placówce.

Nie mieliśmy wyboru, choć przeczuwałam, że państwowe liceum będzie porażką. Dodatkowo młodzież, której nie zależało na nauce, nauczyciele którzy być może minęli powołanie, kompletnie nie przygotowani na inteligentną, wręcz cwaną osóbkę z zaburzeniami zachowania, spontanicznymi reakcjami i kłamiącą w rytm oddechu.

Kruszynka najpierw wpadła w ręce narkomanek, więc przeniosłam ją do innej szkoły, w której znowu znalazła czynnych i bardziej doświadczonych narkomanów. Okradła nas na przestrzeni dotychczasowego życia z poważnych sum pieniędzy kilkakrotnie, jednak środowisko narkotyczne nie wybacza, została skatowana. Ratując ją znowu została przeniesiona mimo naszych trudności finansowych, tym razem do prywatnej szkoły.

Odwożona i przywożona, kontrolowana – zaliczyła 1,5 semestru, z zupełnie dobrymi wynikami, a i w domu jakby przycichła,  wydawała się „normalniejącą” młodą i śliczną osóbką. Niestety prowadziła podwójne życie. Kiedyś odkryłam sms, gdzie odgrywała rolę ofiary „karmionej kaszą z robakami”. Zdziwione koleżanki doradzały jej założenie rodzicom niebieskiej karty, deklarowały zgłoszenie znęcania Policji i wówczas Kruszynka obiecała im, że przebłaga rodziców… Pamiętam swoją reakcję na owe smsowe rozmowy córki  – ręce mi opadły. Nawet jeśli rozumiałam genezę jej zachowań i jeśli odgrywała teatr, żeby w środowisku stanąć w środku zainteresowania – mój świat się rozpadł. Jak zwykle nie miała wyrzutów sumienia. J. Umierały moje nadzieje.

Otrzymała od lekarza tabletki antykoncepcyjne, ponieważ parła do seksu. Niestety nie pozwalała się kontrolować apelując do moich matczynych uczuć i wywijając się jak piskorz od systematyczności ich stosowania. Jako siedemnastolatka zaszła w ciążę z byle kim i byle gdzie. Poroniła. Nas w ogóle nie zawiadomiła  i w ogóle się tym nie przejęła. Natomiast postanowiła zamieszkać w rodzinie młodocianego kolegi ku przerażeniu jego bliskich, często ostro pijących, ale nagle trzeźwych wobec możliwości zyskania jeszcze jednej osoby do wyżywienia, a przypominało jej zachowanie dawne dziecinne siadanie na kolanach przypadkowych osób w pociągu.

Systematycznie opłacaliśmy szkołę, w której moja córka pod koniec drugiego semestru nauki bywała na występach, by ją obejrzano w coraz bardziej kontrowersyjnym stroju i fryzurze. Szkoła miała pedagogów i psychologa, którzy chyba ode mnie pierwszy raz usłyszeli o FAS i RAD, otrzymali wydruki publikacji, patrzyli przerażeni okrągłymi oczami i próbowali rozmawiać ze sprytną niemal dorosłą uczennicą, co oczywiście nie przyniosło żadnej zmiany w jej aroganckim, manipulującym zachowaniu.  Córka w tym czasie jedynie bywała w domu – szukaliśmy nocami, wyciągaliśmy z melin … Wyglądało jakby odczuwała zew swojej grupy środowiskowej, nie dawała się przytulić, pocałować, pogłaskać po ręku. Milczała nie podejmując rozmowy. Nie potrafiła skrystalizować ew. żądań. Ubliżała i znikała.

I tu jest ten zasadniczy problem – można wszystko rozumieć, przeczytać setki książek na temat, ale serce pęka, dusza wyje, nie można spać, nie można funkcjonować, bo to ginie moje dziecko.

W przeddzień osiemnastych urodzin nie chciała z nami rozmawiać, wpadła po jakieś rzeczy i zaszantażowała męża, że skoczy oknem jeśli nie zostanie wypuszczona. Był zawsze mniej odporny ode mnie i otworzył drzwi. Po Kruszynce słuch zaginął na wiele tygodni. Policja twierdziła, że się wyszumi to wróci, jednocześnie dotarło do nas, że mamy przeciwko sobie rodzinę, która była uwiadamiana przez córkę o „nieudolnościach wychowawczych i ograniczaniu wolności nastolatki”. Wśród rodziny ciocia, dyplomowana psycholog, zgorszona naszym życiem. Zostaliśmy sami.

Zaczęłam szukać córki i teraz wiem, że bardzo kreatywnie, bo ani Policja ani ITAKA nie była w stanie zlokalizować jej miejsca pobytu, a docierały do mnie różnymi drogami wieści, że jako śliczna i zgrabna kobieta jest moja córka szykowana do przerzutu za wschodnią granicę do zajęć prostytutki.  Zaprawdę umierałam ze strachu i próbowałam ją wyrwać z patologicznego kręgu.

Miałam wiele kart telefonicznych, nauczyłam się grypsery i pomału wchodziłam w środowisko mroczne, ordynarne i przerażające, podszywając się pod różne osoby. Nawiązałam współpracę z „programem stacja”, gdzie cywilni pracownicy Policji i wolontariusze próbowali wyrwać młode rokujące osoby z kryminogennych warszawskich środowisk. Znalazłam moje dziecko, ale ona za żadne skarby nie miała zamiaru ani z nami rozmawiać, ani tym bardziej wrócić do domu. Podróżowała po Polsce z coraz nowymi wykolejonymi osobami, sypiała na dworcach i w pustostanach. Nawiązywałam kontakty z proboszczami parafii i burmistrzami tam, gdzie się pojawiała Kruszynka, a oni ją karmili, wspierali i widzieli jak pije, ćpa, jakby się chciała zatracić na zawsze. Zimą próbowałam dostarczać paczki z odzieżą i puszkami. Byłam uzależniona od pomocy kochanej przeze mnie istocie…

Aresztowano ludzi werbujących prostytutki, Kruszynka została w kraju, a jej drogę podroży wyznaczały spływające do nas kary za przejazdy bezbiletowe… Co pewien czas zgłaszały się do mnie zgorszone dawne jej koleżanki oceniając wyczyny, a jej nowe. „przyjaciółki” publikowały je na facebooku. Teraz po nich śladu nie ma, dawno już minęły w jej życiu, bez wspomnień, jak drzewa przy drodze.

Po ponad rocznym rajdzie nasza córka zgłosiła się do mnie z bandytą.  Z tatuaży wynikały ilości lat więzienia za napady i ostre rozboje. To z nim Kruszynka usiłowała okraść kilka domów, a w braku wrodzonej jej podzielności uwagi, oboje zostali aresztowani i otrzymali wyroki w zawieszeniu na kilka lat. On większy jako kolejna recydywa, ale małej szkodliwości. Alkoholik od wielu pokoleń, który właśnie, jak oświadczył przestał pić i pracuje, będzie ojcem, a moja córka matką.

Córka nagle straciła całą butę, wyglądała źle i oboje zalatywali na spotkaniu stęchlizną zdradzającą fatalne warunki mieszkania, choć utrzymywali, że stać ich na wynajem. Wzbudzali ogólną sensację strojem, irokezami, kolczykami, a ja jakby z innej bajki …. W ten sposób włączyli nas, a szczególnie mnie w swoje życie, snując poważne plany, a mieli dwa plecaki i ciążę.

Przyznaję to ja byłam zdania, że nowe dziecko to nowe życie w szerokim znaczeniu.

Oni wprost o nic nie prosili. Byli bezradni, może nawet lekko przerażeni. On ponoć nagle zobaczył szansę na normalną rodzinę, której nigdy nie miał, ona podporządkowana sprawiała wrażenie pokornej. Potrafił bardzo dobrze mówić i pisać – z braku więziennego obowiązku pracy dużo czytał.

Zorganizowaliśmy im wynajem mieszkania z braku zaufania dla wspólnego dachu. Potrzebowali wszystkiego i środków do życia. Najgorsze, że ich długi udokumentowane sięgały kilkudziesięciu tysięcy i rosły w zastraszającym tempie. Mąż postanowił wszystkie długi spłacić i dać im szansę na rozpoczęcie życia od zera po zamknięciu przeszłości. O ile w rezultacie – mąż mojej córki – próbował wczuć się w rolę, o tyle w niej narastał nowy bunt, a zwyczajne obowiązki, które bez fajerwerków poczęły ją przytłaczać.

Nie zamierzała kompletować wyprawki dla dziecka, gotować, prać, fantazjowała o kontynuacji kształcenia z moją pomocą przy dziecku. Myślę, że ja bardzo  chciałam wierzyć…

Zaangażowaliśmy siły i środki. Człowiek najpierw bez dokumentów, meldunku, kwalifikacji i z kryminalną przeszłością autentycznie nie mógł znaleźć pracy. O ciężarnej pracownicy nikt nie chciał słyszeć, a szalejące bezrobocie minimalizowało szanse na samodzielność młodej rodziny. Byli na naszym pełnym utrzymaniu przez blisko dwa lata, najpierw we dwoje, potem we troje.

 Córka urodziła wcześniaka z wrodzoną toksoplazmozą – chorobą odzwierzęcą, którą się zaraziła w ostatnim trymestrze ciąży od kotów w odwiedzinach u koleżanki. Choroba ta powoduje upośledzenie umysłowe i ruchowe, a dodatkowo u wnuka cysty opanowały oczy i utrata odporności jednoznacznie  prowadzi go do nagłej utraty wzroku. Nadto dziecko dla mnie na pierwszy rzut oka odziedziczyło wszelkie traumy po rodzicach i nie odbiegało od  złej kondycji mojej córki w pierwszym okresie jej życia. Dziecko specjalnej troski…

Jednak gdy ja przed laty uruchomiłam cały instynkt w ratowanie Kruszynki, ona funkcjonowała jak automat – nie chciała karmić, nosić, bujać, cały czas wściekła, zawiedziona i nieszczęśliwa z wszelkimi pretensjami do mnie, jakbym to ja złośliwie zaplanowała jej życie. Brak akceptacji wszelkiego wysiłku i urabianie poślubionego męża przeciwko wszelkim mobilizującym działaniom dziadków.

Dwa lata stabilizowaliśmy toksoplazmozę wnuka. Dziadek na szczęście – emeryt – godzinami czekał pod gabinetami lekarzy krajowych i ministrów wydających zgody na zakup celowanych zagranicznych leków, które mają zakaz prywatnej drogi zakupu.  Dla osoby pracującej leki i wizyty tego rodzaju byłyby nie do załatwienia. Zięć nie chciał uwierzyć, że mogło mu się trafić chore dziecko, że oboje ponoszą za nie odpowiedzialność, że nieleczone będzie niepełnosprawne.

Przekonanie człowieka bez wykształcenia i wiedzy, zamkniętego na logiczne wywody lekarzy jest prawdziwym wyzwaniem, ale ponieważ chodziło o zdrowie i jakość życia mojego jedynego wnuka, obmyślałam niejeden sprytny plan, by go ratować już od trzeciego miesiąca życia, od momentu wykrycia choroby.

Intensywna rehabilitacja wymagała domowej współpracy, a specjaliści mający ogromne doświadczenie, mogli natychmiast następnego dnia wychwycić braki „pracy domowej” z dzieckiem. Oczywiście byłam na froncie odium złości mojej córki za zmuszanie do wysiłku. W rezultacie była kontrolowana, wożona i odwożona z dzieckiem na zajęcia kilka razy w tygodniu, zawsze chmurna, nadęta i rozzłoszczona. Kontrole w Centrum Zdrowia Dziecka i szpitalach, wszystko się musiało odbywać z udziałem dziadków.  Oboje rodzice gubili terminy, nie rozumieli zaleceń.

Córka gdy tylko wymogła samodzielność, natychmiast kierowała kroki z dzieckiem do galerii handlowych gdzie oprócz galerianek, czekało bardzo wesołe towarzystwo. Niektóre młodociane matki jej podobne… Rozszyfrowanie takiego postępowania budziło jej bunt i wrogość. Zięć rozpoczął pracę robotnika budowlanego, pierwszy raz po trzydziestce pracował, a zmęczenie odbierało mu chęć dyskusji, zwłaszcza, że jego syn nie sypiał w nocy, jak kiedyś jego matka. Dlatego w pewnym sensie mieliśmy wolną rękę i upoważnienia dla ratowania jakości życia malutkiego dziecka.

To były trudne lata, ale zwieńczone sukcesem fizycznego uruchomienia dziecka. Pobyty w szpitalach, operacje przepuklin, usuwanie migdałków,  brak odporności  dziecka, wspieranie jego rodziców na wszelkie sposoby bardzo nas zmęczyło i w pewnym momencie mąż oddał młodym mieszkanie po matce w tzw. „dożywocie” (aby nie zostało przez nich sprzedane i roztrwonione), żeby pomału brali los w swoje ręce, stawali na nogi i nas odciążyli. Jednocześnie odbywała się moja walka z córką o higienę dziecka – dziecka bez odporności,  na ciężkich lekach. Była zbuntowana, niezadowolona. Nie zamierzała gotować, prać i sprzątać. Wzrok utkwiony w komórce i na forach internetowych. Nakręcała swojego męża i oboje coraz częściej zarzucali nam „wtrącanie się w ich sprawy”, zwłaszcza, że ich doradcy uwiadamiani jakimi jesteśmy potworami optowali za przepędzeniem nas z ich życia.

Nagle zięć wyjechał bardzo daleko do pracy, pozostawał jedynie w kontakcie telefonicznym z żoną, która …poczuła wolność, a mnie wzbraniała wejścia do mieszkania i kontaktu z wnukiem. W efekcie nasz wnuk zachorował dodatkowo na Zespoł Pandas (Autoimmunologiczny pediatryczny zespół zaburzeń neuropsychiatrycznych po infekcji Streptococcus – paciorkowcami). Na oddziale same „kolorowe mamy” nie akceptujące macierzyństwa. Dziecku wówczas cały organizm odmawia funkcjonowania. Identyczne niemal objawy jakie przeżyłam z córką w pierwszym okresie jej życia. Tyle, że wnuk dodatkowo miał pozytywne markery rakowe, a umiejscowienia guza nikt nie mógł znaleźć mimo olbrzymiego spektrum badań. Obraz straszny – malutkie dziecko umierające pod kroplówkami, bardzo długo bez diagnozy i matka, która w ucieczce od rzeczywistości dokładnie lakieruje paznokcie na tej samej szpitalnej sali.

Dwa szpitale dziecięce, które przez pół roku walczyły o życie Maluszka… W pewnym momencie córkę z dzieckiem umieszczono na sali z kamerami. Rozpoznano FAS i RAD u obojga. Skierowano córkę na terapię, ale dziecięcy szpital jest dla dzieci, terapia dorosłych wymaga ich własnej akceptacji. Córka zrezygnowała na własne żądanie, a zięć obarczył mnie „złym wpływem na dziecko i jego matkę, oraz konszachty z lekarzami wymierzone w jego rodzinę”. Chociaż jeździłam do wnuka aby go nosić „na receptę” ordynatora oddziału, jednak jestem tylko babką i skoro rodzice zastrzegli moje wizyty w Centrum, przestalam być dopuszczana do wnuka. Córki już nikt nie mobilizował, zięć pracował i starał się wierzyć, biednymi zmysłami, że wszelkie kłopoty za nimi.

Bardzo przeżyłam rozdzielenie z wnukiem, którego naprawdę pokochałam, a on potrafił odpowiedzieć uczuciowo na moje sygnały. Być może jego objawy FAS i RAD są łagodniejsze. Dodatkowo mogłam obdarzać go działaniami z doświadczeniem.

Błagałam  lekarzy prowadzących dziecko o specjalną interwencję, próbowałam przekonać do konieczności terapii obojga rodziców na podstawie świeżych obserwacji, na podstawie aktualnych diagnoz zaniedbanego dziecka. O ile doświadczona ordynator oddziału znakomicie rozumiała beznadziejną sytuację dziecka, o tyle młoda arogancka psycholog, która wydaje wypisy ze szpitala  uznała wszelkie problemy za sprawy rodzinne. Kruszynka była znowu zaprzyjaźniona z kolejnym psychologiem w swoim życiu…

Po pół roku wnuk opuścił szpital i dostał „na receptę” przedszkole, aby jak najmniej czasu spędzał z własną rodzicielką. Niestety w kontakcie z dziećmi po utracie odporności ciężko chorował. Córka podjęła pracę i oboje zwrócili się o pomoc w opiece nad dzieckiem. Skracali jego pobyt w domu (ze mną), a on w zetknięciu z przedszkolem chorował na nowo. Ciocia psycholog doradzała im sącząc przekonania o „toksycznej babci”.

Córka przez trzy miesiące udawała zatrudnienie. Wyjeżdżałam o piątej rano, bo ona ponoć musiała zdążyć na siódmą. Wracali oboje o 21. Mimo żądań niczego w domu nie robili, tak, że musiałam przejąć finansowanie, zaopatrzenie, gotowanie, a potem wyszło na jaw, że córka nie pracowała, tylko opuszczała dom. Podejrzewam czym się zajmowała przez wiele godzin, ale nie miałam dowodów.

Jestem szczęśliwa, że udało się rehabilitować wnuka. Ma wielkie trudności „po rodzicach”, ale gdyby go odpowiednio prowadzić nie musiałby powtórzyć np. kryminalno-alkoholicznej ścieżki życia swojego ojca. Dziecko aż dziw, po mocno zaburzonych rodzicach nad wyraz inteligentne, zdolne, choć obciążone niechęcią do wysiłku i skupienia. Prawidłowa praca z takim dzieckiem mogłaby dać nadzieję na lepszą jakość życia, a wykształcenie uchronić od wysiłku fizycznego, a tym samym ocalić wzrok. Powstała nadzieja, że jako dziadkowie poprowadzimy wnuka przy pomocy mało zaangażowanych rodziców.

Nagle wyszły na jaw potężne nowe długi młodych. Oboje byli pokorni, proszący, Mąż zaciągnął długi i znowu pomogliśmy… Dużo później się okazało – dostarczyliśmy bazę do pożyczek konsolidacyjnych w kilku bankach. Ale wówczas wg założenia oni mieli pracować na dwa etaty, zabierać dziecko na weekendy. Niestety córka unikając pomocy przy dziecku uciekła w narkotyki i ciemne interesy, notorycznie zdradzała męża i w długi, które narkotyczna mafia bezlitośnie egzekwuje.

Zięć krzyczał przez telefon, że z własnego łóżka wyciąga kolejnych mężczyzn i on nie może, a ona nie jest w stanie zająć się synem…

Pięknie rozpoczęliśmy pracę z wnukiem, rysunki, prace plastyczne, za zgodą rodziców prywatne przedszkole u znanych nam sióstr zakonnych z mnóstwem zajęć i odpowiednia „gimnastyka mózgu” przez terapię ruchową. Rodzice zabierali wnuka czasem na kilka dni, a za każdym razem prosił żeby go „tam nie oddawać”.

Córka zmuszona sytuacją pracy i ewentualnym zwrotem długów – wysterowała nową historię. Potrzebowała niekontrolowanego czasu dla siebie, a udawana opieka nad dzieckiem stwarza wspaniałe do tego okazje.

W ten sposób pod pozorem umiłowania dziecka i potrzeby jego wychowania przez rodziców wnuk został brutalnie od nas zabrany i nie wiem na jakiej zasadzie bez zerówki, umieszczony w pierwszej klasie szkoły podstawowej. Wiem, że córka podburzona przez dalszą rodzinę wszędzie się pojawiała z hasłem – „szaleni dziadkowie chcą mi zabrać dziecko i wówczas przepisy bywają naginane, bez żadnej analizy”.  Najlepszym dowodem jest zaoczna (!) analiza wystawiona przez psychologa kwalifikującego do szkoły po zerówce, który…. nigdy nie widział dziecka na oczy. Wnuczka rzucono na świetlicę na 12 godzin w hałas i niedojadanie. Byle nie miał kontaktu z dziadkami.

No, chyba  –  żebyśmy spłacili ich następne długi – już setki tysięcy.

Ktoś im doradzał, najpewniej ciocia psycholog, że jesteśmy toksyczni, wtrącamy się w ich życie, należy nas izolować. Kruszynka zawsze na nas narzekała, kłamała, chciała być wolna, a seksem można zięciowi wiele wytłumaczyć.

Osiągnęła przy okazji… upragnioną „wolność”, m.in. seksualną. Dziecko w świetlicy od siódmej rano prawie do wieczora, ona „nie może pracować”, bo stanowi jego „opiekę” przy bardzo częstych chorobach, nadto nawet podczas choroby jest już na tyle duży zdaniem matki, że ona może wyjść z domu. Godzin wolności miała bez liku.

Dwa lata temu wdarłam się niemal siłą do ich mieszkania. Do meliny! Nie mogłam poznać miejsca. Dostali od nas odnowiony apartament. Tymczasem po cementowych przestrzeniach po wyrwanej klepce chodził boso mój wnuk. Smród marihuany i pleśni, grzyb, sterty szmat, potężne dwa psy i kot, dziecko chude jak na zdjęciach więźniów z Oświęcimia. Brak mebli, sterty puszek, pomazane i wybite  do niemożliwości ściany… jakby ktoś wrzucił granat w tę naszą pracę i dobytek dla naszej córki oddany… Dewastacja to mało powiedziane. Melina w której zięć, jak opowiadał, walczył z kolejnymi znajomymi żony.

Wtedy wnuk przylgnął do mnie całym ciałem… Z płaczem błagałam córkę – ja pomogę, weźmiemy pomoc, wyrzucimy śmieci, umyjemy okna, odgruzujemy zagrzybioną łazienkę. Córeczko… Gdyby pomogło, bym uklękła w błaganiu. To małe dziecko we mnie wtulone z błaganiem – „zostań babciu, zabierz mnie babciu”.

Zostałam agresywnie wyrzucona.

Pobiegłam po ratunek do Centrum Pomocy Rodzinie. Oni natychmiast wysłali kogoś pod wskazany adres. Wniosek – „mama opiekowała się dzieckiem”. Powinni dopisać – krwi na podłodze nie było.

Próbowaliśmy rozmawiać z naszymi dziećmi i zięć wyraził zgodę abym wyjechała na dwa tygodnie z wnukiem na wczasy. Dostałam ostatni pakiet kontaktu. Po przyjeździe z wakacji zakazano nam udziału w ich życiu i kontaktów z dzieckiem.

Złożyliśmy sprawę do sądu rodzinnego, która przeciągnęła się do 1,5 roku. Córka z zięciem otrzymali pomoc od mojej rodziny w postaci adwokata z kancelarii prawnej. Odbyło się kilka posiedzeń, badanie więzi na wniosek rodziców dziecka. Nie zaakceptowano mediacji, o które wnosiliśmy kilka razy.

Postawiono nieznajomych nam świadków, którzy nie obciążyli nas żadnymi zarzutami, natomiast bardzo pozytywnie postrzegali rodziców dziecka.

Zięć nagle stwierdził, że dziecko zostało… porwane i w ogóle nasza pomoc, świadczenia finansowe i wszelkie działania służyły porwaniu wnuka, bo my na stare lata – ja 67, mąż 78, chcieliśmy mieć dziecko.

Sędzina notorycznie nie czytała dokumentów, nie oglądała zdjęć i nie odsłuchiwała płyt z rozmowami telefonicznymi. Przyznawała zupełnie na luzie z lekceważącym wyrazem twarzy. Sprawę rozpatrywała jednoosobowo i mimo opinii powołanych biegłych (na wniosek Kruszynki i zięcia) wydała obligatoryjne z góry założone postanowienie, jak zwykle bywa przy „skłóconych rodzinach” – kontakt telefoniczny raz na tydzień i jeden weekend w miesiącu poza miejscem zamieszkania dziecka z prawem zabrania wnuka przez dziadków do ich domu.

Biegli rozumieli nasze racje, podkreślali, że rodzice więcej wiedzą o swoim psie niż dziecku, ale sędzina nie przyznała nam choćby części wakacji, czy ferii i z uporem podkreślała,  iż rodzice mają prawo decydować o losach dziecka. Nie wzięła pod uwagę ani ich przeszłości, ani kondycji dziecka i w ogóle pominęła konstrukcję psychofizyczną rodziców. Skoro nie oglądała dokumentów szpitalnych i opinii…

Odbyła się równolegle spawa z urzędu na skutek bardzo złej opinii biegłych sądowych, w wyniku której rodzice otrzymali dozór kuratora sądowego.

Przed uprawomocnieniem postanowień zięć nagle zmienił front na niezwykle przyjacielski i chciał wymóc na nas zgodę na sprzedaż ich mieszkania oddanego im „w dożywocie”.

Ujawnione ich długi bankowe, jakie oboje zaciągnęli są praktycznie nie do spłacenia, nadto fałszowali dokumenty. Aby usunąć dożywocie z lokalu musielibyśmy walczyć w sądzie, co nie jest proste.  Nadto zadłużone obciążone dożywociem mieszkanie nie stanowi zachęty dla żadnego komornika i mimo wszystko dziecko ma dach nad głową, póki żyjemy. Spłata długów to jedno, ale plany zięcia obejmowały mieszkanie w …kontenerze morskim i inne „atrakcje”.

W zamian za zgodę na tę transakcję moglibyśmy mieć wpływ na wychowanie dziecka. Córka nie umiała w rozmowie zbudować ani jednego zdania. Mam nagraną tę rozmowę, ale po raz kolejny opadły mi ręce.

Wobec braku naszej zgody na szaleńczy plan, zięć i córka złożyli apelację wnosząc o kompletny brak kontaktów z ich dzieckiem i wznawiając jako powód – porwanie.

Sędzina sądu apelacyjnego dokładnie przeanalizowała cale akta, była naprawdę zorientowana i podtrzymując postanowienie pierwszej instancji, próbowała tłumaczyć zacietrzewionym ludziom, że niezmiernie krzywdzą dziecko, że dla ogólnego dobra powinni odbyć specjalistyczną terapię dla dorosłych, zaufać rodzicom tak bardzo pomocnym w ich życiu.

Tym uzasadnieniem sędzina obudziła lwa w moim zięciu i mamy teraz stan, gdzie ogon macha psem. Wszystkie postanowienia świata mogą sobie być wydane, ale dziecko jest zięcia, który poczuł się właścicielem człowieka na zasadzie – niech jabłuszko zgnije, ale jest moje.

Wnuk kończy osiem lat, powtarza rok w tej samej klasie, krzyczy przez telefon, że nie chce widzieć babci i dziadka, nie chce rozmawiać ani nas odwiedzać, bo u nas „jest niedobrze” i wszystko mu się nie podoba. Mogę jedynie współczuć dziecku, które było u nas ostatnio jedynie trzy razy. Za pierwszym całował wszystkie zabawki, przytulał misie i książeczki, siedział u mnie na kolanach i planowaliśmy następne spotkania, dokąd pojedziemy i co zrobimy, razem wiosną  sadziliśmy kwiaty na balkonie tak, jakbyśmy się nie rozstawali, a na dobranoc wnuczek rzucił mi się na szyję ze spontanicznym „kocham cię babciu”. Innym razem graliśmy w szachy, dostał wymarzone klocki lego i spędziliśmy piękny weekend. Niemal z rozpaczą oglądałam jak wnuk wpycha sobie ręką do buzi jedzenie i owoce, a już naprawdę nie może zmieścić. Obserwowałam jego zaburzenia, których nikt nie rehabilituje, jest wpychany do „swojego pokoju i ma tam telewizor”. Cofnął się w rozwoju o 2-lata. Teraz to już nie potrafi zbudować ani jednego zdania. Nie pamięta wierszyków, bajek. Pamięta dobre jedzenie. I to, że odeszłam, nie zabrałam go ze sobą.

Niestety on nie potrafi kłamać, ojciec wymógł na nim przemocą zeznania co było u babci, co jadł i robił. Było stanowczo za dobrze i teraz dziecko ma przykazane, co ma mówić i robić, w przeciwnym razie…. zostanie ogolony na łyso, tak jak ostatnim razem.

Pani kurator jest za kontynuacją kontaktów na zasadzie: „podjęłam rozmowy z obiema stronami i doszło do wykonania postanowienia w zakresie…”, ale generalnie utrzymuje, że ona właściwie nic nie może. My możemy złożyć do sądu wniosek o pouczenie rodziców dziecka nie wykonujących postanowienia, wówczas znowu sprawa się będzie ciągnąć miesiącami, sąd ma narzędzia kar finansowych. A my?

Nie mniej uważam za ogromny sukces tej spawy fakt dozoru kuratorskiego – dziecko ma łóżko i stół, melina została w jakimś zakresie upodobniona do dachu nad głową, w lodówce coś musi być dla dziecka, choćby wyłącznie parówki, musi ono chodzić do szkoły, bez względu na wyniki tej „nauki”.

Córka milczy teoretycznie dotknięta i obrażona na mnie, niestety zarządza swoim wolnym czasem na sposób seksualny i bardzo się modliłam, żeby to nie było prawdą. Niestety… Jej mąż akceptuje taką jaka jest, może czerpie z tej sytuacji korzyści. Można by łatwo dociec, ale ja już nie mam siły.

Zawiesiłam kontakty po skandalicznej rozmowie telefonicznej, gdzie zmanipulowane dziecko arogancko krzyczało zgodnie z oczekiwaniami rodziców (obecnych przy rozmowie) na babcię, z którą kiedyś zbierało muszelki nad morzem, rozwiązywało zagadki, rysowało i czytało książeczki.

Ciągle mój wnuk jest za mały by z porównań domów wyciągnął wnioski w dobrą stronę, zwłaszcza, że mam wątpliwości, która strona tak naprawdę spełnia jego pragnienia.

Mija prawie dziesięć tysięcy dni od chwili, gdy wniosłam Kruszynkę do naszego domu. Córeńkę. Coraz częściej myślę o niej obronnie – wychowanica.

Myślę, czy nie rozwiązać adopcji z dorosłą osobą, która od wielu lat nie miała odruchu córki. Cóż, jesteśmy zrozpaczeni i bardzo samotni. Ale gdzieś na dnie serca, które nie słucha, tli się miłość do wnuka i córki, nawet do wyrachowanego zięcia, choć roztropność podpowiada – uciekajmy!

← →