Jaki wpływ na relacje rodzinne ma wystawienie niebieskiej karty rodzicom? Jak wpływa to na dzieci? A takie z RAD?
Jakie skutki pociąga to dla rodziny adopcyjnej?
W grudniu był taki moment, w którym chłopcom zaczęło świtać, że w tym co się dzieje, coś jest nie tak. Jakaś refleksyjna myśl przedarła się do ich świadomości. Dzieci zaczęły się starać. Nagle, tak z dnia na dzień, znacząco poprawiły swoje zachowanie. Zaczęły pracować na miarę swoich możliwości. Trwało to może dokładnie tydzień, do dnia, kiedy dzieci otrzymały „niebieskie wsparcie szkoły”.
W dniu kiedy byłem w szkole i otrzymałem tam informację o założeniu mi niebieskiej karty w szkole odbyło się kolejne spotkanie pedagożki z dziećmi. Co się działo podczas tego spotkanie, nigdy się nie dowiedzieliśmy. Nie było przy nim żadnej osoby reprezentującej rodzinę adopcyjną chłopców.
Kiedy chłopcy wrócili tego dnia ze szkoły do domu, pierwszy raz w życiu widzieliśmy ich tak wycofanych, zagubionych i zamkniętych w sobie. Dosłownie łzy cisnęły się do oczu na widok stanu, w jakim wrócili ze szkoły.
Doskonale rozumieliśmy i wszyscy powinni mieć tego świadomość tego, że to nie dzieci zakładają rodzicom niebieską kartę, że to pedagożki i psycholożki na podstawie swoich hipotez wnioskują o nią, a dyrektor podpisuje wniosek o uruchomienie tej procedury. Dzieci NIE ponoszą za to żadnej odpowiedzialności. Wtedy też mieliśmy tego świadomość.
Na pytanie o to, co się stało, jeden z chłopców odpowiada: „Przecież wiecie. Założyliśmy Wam niebieską kartę.” I wymachując nam przed nosem wizytówką pedagożki, dodaje: „Pani pedagog powiedziała, że nie musimy z wami na ten temat rozmawiać. Poza tym mam tu numer do pani pedagog i w razie czego mogę do niej zadzwonić.” Poziom stresu widoczny w postawie chłopców jest niespotykany. Nigdy wcześniej nie widzieliśmy ich w takim stanie.
Pytamy: „Ale po co masz do niej dzwonić?”
Odpowiedź pokazuje poziom nierozumienia sytuacji: „Nie wiem, ale mogę.”
Pani pedagog pewnie siedziała już wtedy wygodnie w fotelu i przełączała kanały zmieniając jeden serial na kolejny, ale jednego jestem pewien, z pewnością nie czytała książki o RAD, która pozwoliłaby jej zrozumieć, co właśnie zrobiła.
„Pomoc szkoły” w postaci niebieskiej karty, zaowocowała tym, że w małomiasteczkowo – wiejskim środowisku, gdzie zamieszkaliśmy kilkanaście lat temu i pracowała żona, natychmiast przyklejono nam łatkę rodziny patologicznej. Zaczęły krążyć na nasz temat niestworzone historie, które dementowali ci, którzy nas znali, za co im serdecznie i szczerze dziękujemy. „Sprawa naszej rodziny” podobno została nawet poruszona na zebraniu Rady Gminy, pod hasłem: „Co tam się dzieje w tej patologicznej rodzinie”. Temat ucięto. Nikt nie pomyślał o potrzebie udzielenia rodzinie pomocy.
Niestety w wyrażaniu ostracyzmu, prym wiodły nauczycielki lokalnej szkoły podstawowej. Żona, po powrocie z pracy, nie raz ze łzami w oczach opowiadała, jak ta, czy tamta nauczycielka odwróciła głowę, na słowa: „Dzień dobry”. Jak ostentacyjnie skręciła na jej widok w inną alejkę, wysyłając niedwuznaczne pogardliwe spojrzenie. Nauczycielki… Te, które bez skrępowania mówiły: „Na dzieciach adopcyjnych się nie znamy.” Za to na dyskryminacji społecznej – wyśmienicie!
Nasz komentarz
Wystawiając niebieską kartę rodzinie adopcyjnej, odrzucono wpływ zachowania nastolatków, z którym nie poradzono sobie w szkole, na funkcjonowanie rodziny, co więcej przyczyną za nie obwiniono rodziców adopcyjnych. Ale najgorsze, że nie uwzględnia się zaburzeń RAD występujących u dzieci adopcyjnych. O czym padagożki i psycholożki zostały wcześniej poinformowane.
Wbijając klin pomiędzy rodziców adopcyjnych a dzieci stworzono dla dziecka z RAD alternatywny substytut rodziny, który niestety okazał się pustą wydmuszką.
Obietnicą nie wiadomo czego, nie wiadomo, po co. Wizytówka pani pedagog nie zastąpi dziecku z RAD rodziny, dla którego w tym momencie staje się realną alternatywą. Ale pedagożka tego nie rozumie, bo przecież na RAD się nie zna. Nie rozumie jak niewyobrażalną krzywdę robi dziecku adopcyjnemu. Można to zrozumieć dopiero, kiedy poznamy czym są zaburzenia więzi RAD i skutki, jakie za sobą niesie.
Pal licho nas i całe to linczowanie w małomiasteczkowym środowisku, ale czy dyrektor składający podpis pod wnioskiem uruchamiającym procedurę niebieskiej karty maił świadomość, że będzie to gwóźdź do trumny naszej rodziny? Dlaczego nie podniósł słuchawki i nie zadzwonił by porozmawiać? Przecież z pełnym zaufaniem przenieśliśmy dzieci do jego szkoły. Przecież zawsze chodziliśmy na wywiadówki i rozmawialiśmy z nauczycielami, zawsze odpisywaliśmy na uwagi. Miał z nami kontakt. Ale nie zadzwonił. Dlaczego? Założył niebieską kartę pomimo, że sytuacja tego nie wymagała. Z uzasadnieniem stosowania przemocy kilka lat wcześniej. Przecież wiedział, że jesteśmy wykształconymi i ciężko pracującymi ludźmi. Że dzieci są adoptowane.
Za portalem „prawo.pl”, w Polce zakłada się rocznie ok. 100 000 niebieskich kart, odbiera dzieci 11 000 rodzin. W ilu z tych 100 000 przypadkach stanowi to klin wbijany w rodzinę i ogromny stres dla wszystkich, w szczególności dzieci. Czy ktoś bierze pod uwagę sytuację dziecka, które zostaje w tej sytuacji samo w rodzinie? Ważne by psycholog szkolny miał „dupokrytkę” na sytuację, której nie rozumie. Jest to jeden z tych przykładów, kiedy mechanizm mający chronić dzieci przed patologią rodziców stał się patologią i stosowany jest powszechnie dotykając normalnie funkcjonujące rodziny. I jest stosowany zamiast braku pomocy ze strony szkoły.