Jak niedouczony jest w temacie adopcji polski system edukacji? Kiedy edukacja dotycząca FAS i RAD dotrze pod strzechy szkół? Kiedy psycholożki i pedagożki szkolne przestaną bez wstydu przyznawać się, że nie znają się na ponad 75 000 dzieci znajdujących się w polskim systemie edukacji?
Pierwsze lata szkoły – świetnie bardzo dobre wyniki. Od czwartej klasy zaczyna się okres spadkowy z roku na rok. Z każdym rokiem więcej pracy w domu wynikającej z mniejszej motywacji do pracy w szkole. Dobre oceny przechodzą do historii. Nigdy ich nie wymagaliśmy. Ale praca, którą w chłopców wkładaliśmy po prostu nimi owocowała. Motywujemy i zachęcamy do zdobywania trójek, które będą poprawiały jedynki. Pracujemy razem dzień w dzień. W końcu mierny też pozwala uzyskać promocję, a nie każdy musi ukończyć studia. Każdy zawód w społeczeństwie jest potrzebny o czym dobitnie przypomniała pandemia.
Cały materiał przerabialiśmy z dziećmi w domu. Po pracy. Materiału było zbyt dużo, by przerabiać każdy przedmiot po dniu pracy. Kiedy wracaliśmy, po dniu pracy, zaczynaliśmy wolontariat w zawodzie nauczyciela. Tak też głównie spędzaliśmy weekendy. Nadrabiając z dziećmi zaległości szkolne z całego tygodnia. Zaległości, których w tygodniu nie mieliśmy siły wyłożyć lub dzieci nie były w stanie odebrać. By w kolejnym tygodniu poprawić złapane w poprzednim jedynki. I tak, tydzień w tydzień. Przez lata. Widzę to teraz z perspektywy – zwyczajnie zaharowywaliśmy się nie znając źródeł problemu.
Od czwartej klasy narasta też ilość uwag i punktów ujemnych za zachowanie w szkole. 100 dodatnich punktów ciągu półrocza zmienia się w 80 ujemnych. Ok 180 ujemnych punktów za zachowanie w ciągu pięciu miesięcy! Codziennym elementem staje się odpowiadanie na uwagi nauczycieli, wyjaśnianie konfliktowych sytuacji, w których czynny udział biorą chłopcy. Kiedy chcemy wyjaśnić w szkole, co się dzieje, nigdy nie uzyskujemy żadnej informacji zwrotnej, tylko na jakiś czas ustaje wpisywanie punktów ujemnych. Dziwne. Jakby nauczyciele przyznawali się, że nie potrafią sobie poradzić, z czymś, z czym poradzić sobie powinni.
Pomimo, że sytuacja ta trwała latami. Przyzwyczajeni do dużego nakładu pracy skierowanej na dzieci, nawet tego nie zauważaliśmy. Tak dotarliśmy do siódmej klasy. Koncentrowaliśmy się na zdobywaniu już nie dobrych ocen, lecz miernych i dostatecznych, które poprawiały te niedostateczne.
Finalnie chłopcy odrzucają naukę w połowie siódmej klasy. Nastolatki ze szkoły nie przynoszą już żadnej wiedzy, jakby tam zupełnie nie chodziły. A chodziły. Co tam robiły? I co na to nauczyciele? Jeden z ich kolegów skomentował później: „Mieli na wszystko wy***ane.” A to efekt zaburzenia działania układów dopaminowych.
Teraz wiemy, że to zaburzenia obszarów mózgu odpowiedzialnych za motywację. A zachowania skutkujące dziesiątkami uwag, ciągłymi próbami doregulowania się do zaburzonego referencyjnego poziomu dopaminy.
W połowie siódmej klasy chłopcy przestawali pracować również w domu. Bardzo często, pod zeszytem, w którym odrabiali zadania domowe znajdowaliśmy kartki, na których rysowali. Najczęściej diabły, demony i pentagramy i inne satanistyczne znaki. Byliśmy przerażeni. Skąd ta fascynacja złem? De facto była od zawsze od figurek demonicznych Gormitów przynoszonych z przedszkola, które zastępowaliśmy pozytywnymi bohaterami.
Chłopcy nie byli ograniczeni umysłowo. W piątej klasie ten młodszy napisał program komputerowy. Nagle zafascynował się programowaniem Scarachu i na podstawie filmów z Youtuba napisał w Screch’u grę. Samodzielnie. Kilka razy zapytał tylko o jakiś sprawiający mu kłopot problem, który pomagałem mu rozwiązać i kodował dalej. Nie zależnie od tego na ile opierał się na Youtubie, znał każdą zmienną, każdą pętlę i rozumiał każdy warunek w kodzie. Jak programista.
Poświęcił ferie na pracę nad programem i z dumą zabrał program do szkoły, by pokazać na lekcji Informatyki. Liczył na docenienie. Kiedy wrócił, powiedział tylko: „Pan od Informatyki powiedział, że go nie oceni, bo go nie zadał.” Nigdy więcej nie usiadł do kodowania. Obecnie jest uczniem szkoły gastronomicznej. Pewnie będzie świetnym kucharzem, to też dobry zawód. Tak działa polska szkoła. Brawo!
W siódmej klasie zgłaszamy się po pomoc do ośrodka adopcyjnego. Rozpoczął się okres dorastania. Spotykamy się z psychologami adopcyjnymi z naszej inicjatywy przez dziewięć miesięcy. Gdy zaczyna się ósma klasa, mijają kolejne tygodnie, podczas których ciągle słyszymy wymówki, jak to Panie nauczycielki nie rozpoczęły jeszcze nauki, ciągle nie jest nic zadane. Nie ma się czego uczyć.
Lawina rusza po ok miesiącu. W ciągu pierwszych trzech miesięcy chłopcy przynoszą 180 informacji negatywnych ze szkoły. Są wśród nich oceny niedostateczne, uwagi i nieobecności. Średnio 3 – 4 dziennie! Nie wiemy co się dzieje. Znów stałą pozycją dnia jest odpisywanie na uwagi, wyjaśnianie konfliktowych sytuacji, omawianie ich z dziećmi. Dzieci toną. Mówimy o tym psycholożkom z ośrodka adopcyjnego. Słyszymy jedynie: „Musicie się Państwo jakoś trzymać.”
Zwracamy się o pomoc do szkoły. Chcemy zrozumieć, co dzieje się w szkole, że dzieci znajdujące się pod opieką wykwalifikowanych pedagogów nie przynoszą z niej żadnej wiedzy.
Kiedy w październiku zwracamy się do szkoły o pomoc, informuję, że chłopcy są dziećmi adoptowanymi i od marca pracujemy z psychologami wojewódzkiego ośrodka adopcyjnego. Proszę o wsparcie dzieci w czasie, kiedy znajdują się w szkole oraz informację zwrotną o ich zachowaniu na terenie szkoły. Pytam, dlaczego nic nie wynoszą z zajęć szkolnych. Dlaczego naszą rodzinę zalewa taka masa negatywnych informacji? Bez żadnego zażenowania słyszę od pedagoga szkolnego my się na dzieciach adoptowanych nie znamy. Teraz po rozpadzie rodziny w pełni rozumiem dramatyzm tej wypowiedzi.
Przez miesiąc nic się nie dzieje, proszę więc o drugie spotkanie. Spodziewam się analizy sytuacji, planu działań, wsparcia. Zamiast tego na spotkaniu wita mnie komisja w składzie: pani wicedyrektor, pani pedagog, pani psycholog.
Otrzymuję informację, że po rozmowie z dziećmi założono mi „Niebieską Kartę”. Za przemoc domową, która obecnie nie ma miejsca, ale miała miejsce 3 – 4 lata temu!
Dodatkowo wymienianych jest kilka cech z listy FAS, za które również jestem obwiniany. Nie pomagają tłumaczenia, że ciągle nowe zeszyty są zakładane, bo stare są gubione, że dzieci pakują się do szkoły dzień wcześniej, a mimo to okazuje się, że na lekcji zgłaszają brak zeszytu. Że 50 długopisów wystarcza na miesiąc, o innych przyborach nie mówiąc. Że zadania, nie są zapisywane, by nie trzeba ich było odrabiać.
Kiedy tak patrzyłem na rozemocjonowane, atakujące mnie bezpodstawnie panie pedagog, jedyne skojarzenie, jakie miałem to, że siedzę przed PKCE (Pedagogiczną Komisją Ciemnoty Edukacyjnej). Przyznającą się do nieodrobienia zadania domowego z wiedzy o dzieciach adopcyjnych, a mimo to butnie szafującej wyrokami. I na dodatek pouczającą jedyną osobę na sali, która miała prawdziwy obraz sytuacji.
Wtedy też jej nie rozumiałem, za to doskonale rozumiem ją teraz. Był to bezpardonowy atak ciemnoty pedagogicznej na rodzica adopcyjnego i rozbijanie klinem tej ciemnoty rodziny, w której dzieci są obciążone RAD’em.
Kiedy pytam o niewiarygodną liczbę jedynek uwag i nieobecności wystawianych chłopcom przez nauczycieli (180/3m-ce) wywołuje to chwilową konsternację. Przecież to nie ja wystawiam te oceny i uwagi.
A zamiast odpowiedzi słyszę: „Może powinniście Państwo wysłać dzieci na korepetycje.”, jakby zupełnie nie odebrały informacji o naszej codziennej pracy edukacyjnej. W tej małej wiejskiej szkole znaleziono panaceum na nie radzenie sobie z uczniami. Niech rodzice wysyłają dzieci i na korepetycje i płacą za nie.
Miesiąc później zostaję wezwany na spotkanie oceny sytuacji rodziny w gminnym oddziale PCPR. Tam od szkolnej pedagożki słyszę, że sprawdziła i rzeczywiście 180 jedynek, uwag i nieobecności miało miejsce, ale „U nas w szkole to nic niezwykłego.” – dodaje. Ręce mi opadają.
A kiedy słyszę wytłumaczenie, że teraz klasy są zbyt liczne, bo przy 23 uczniach nie da się prowadzić zajęć, to przychodzi mi na myśl Orwell’owska czekolada, bo w mojej klasie w podstawówce było 43 dzieci i na lekcjach panowała absolutna cisza i skupienie. A materiał był zawsze przerobiony. Dlatego mam ogromny szacunek dla wszystkich nauczycieli emerytów, bo oni rozumieją na czym polega zawód nauczyciela i wykonywali ją wzorowo.
Nasz komentarz
W mojej opinii 180 uwag, nieobecności i jedynek – oznacza całkowite nie radzenie sobie z uczniem i przerzucanie odpowiedzialności za brak kompetencji pedagogicznych na rodziców. Stanowi to obraz braku zarządzania szkołą oraz braku wsparcia rodziców w kierowaniu edukacją dziecka ze strony pedagogów i nauczycieli.
Ja wnioskuję o zamknięcie tej szkoły. Jak to możliwe, że w ciągu kilku miesięcy 180 razy przerzuca się na rodzinę niekompetencje szkoły? Bez żadnej refleksji. Co na to kuratorium? Jak to możliwe, że kuratorium nie weryfikuje ilości ocen negatywnych i uwag wystawianych przez nauczycieli.
Dodajmy do tego płaczących nauczycieli, czy tych poświęcających połowę lekcji na tyrady wychowawcze nad zachowaniem jednego ucznia, zamiast przerobienia materiału całej klasie. To jest nie realizowanie obowiązku edukacyjnego, przez nauczycieli!
Kiedy to wszystko piszę na myśl przychodzi mi pewien dowcip:
„Pani w szkole zwraca się do Jasia:
– Jasiu, poproszę numer telefonu do taty.
Na co Jasiu odpowiada:
– Proszę uprzejmie, tylko zanim Pani zadzwoni, proszę się zastanowić, czy kiedy tata nie radzi sobie w pracy, dzwoni do Pani?”
W moim przekonaniu oddaje on celująco stan polskiej edukacji.
Ale czy psycholog szkolny może coś takiego powiedzieć, kucharzowi tapicerowi, czy informatykowi? W Polce w pieczy zastępczej znajduje się ok. 75 000! dzieci, pochodzących ze środowisk patologicznych nadużywających alkoholu, większość jest dotkniętych FAS’em. Do tego należy doliczyć zapewne drugie tyle dzieci wychowujących się w biologicznych, nie patologicznych rodzinach, w których spożywanie i nadużywanie alkoholu jest na porządku dziennym, również z nie zdiagnozowanym FAS. O nich wszystkich psycholożki i pedagożki mówią bez skrępowania: „Na nich się nie znamy”.
Teraz wiemy, że poziom wiedzy o zachowaniach dzieci dotkniętych FAS i RAD, jest obszarem zupełnie pominiętym w polskim systemie edukacji kadry pedagogicznej, co skutkuje, ogromną dziurą w wiedzy pedagogów oraz psychologów szkolnych. A skoro ci, którzy odpowiadają za przekazywanie tej wiedzy sami jej nie posiadają, to trudno oczekiwać, by ją posiadało społeczeństwo.
Naszą codzienną ciężką pracę z dziećmi „doceniają” później w swojej opinii psycholożki adopcyjne pisząc: „Wygórowane ambicje” oraz „Dzieci nie spełniły oczekiwań rodziców”. To oszustwo!
Nie ma żadnego wytłumaczenia dla braku nie rozumienia przez pedagogów, a szczególnie przez psychologów szkolnych problemów 75 000 dzieci znajdujących się w systemie edukacyjnym doświadczających FAS. Nie ma usprawiedliwienia za brak właściwej organizacji zajęć lekcyjnych. Za brak organizacji edukacyjnej pomocy dzieciom, które tego potrzebują.
I nie ma na to żadnego usprawiedliwienia.