To kolejna ważna historia na naszych stronach opisana przez małżeństwo nauczycieli, ludzi wykształconych, odnoszących w życiu sukcesy w pracy z dziećmi i młodzieżą. Ludzi, którzy włożyli podobnie jak inni rodzice adopcyjni włożyli ogrom wiedzy i pracy w pomoc dziecku adoptowanemu. W zamian otrzymali standardową historię adopcyjną zakończoną w Sądzie Rejonowym. Zapraszam do lektury.
Łzy szczęścia
Jedną z najtrafniejszych definicji miłości wypowiedział ktoś, kto miał za sobą wiele lat małżeństwa: „Miłość jest tym wszystkim, przez co się razem przeszło”.
Dlaczego kochające się małżeństwa decydują się na przyjęcie pod swój dach zupełnie obcego dziecka? Klasyka. Chęć posiadania potomstwa, chęć spełnienia się jako mama i tata. Poczucie ratowania dziecka – świata.
Kiedy 25 lat temu braliśmy ślub patrzyliśmy w przyszłość bardzo optymistycznie. Zbudowaliśmy duży dom, w którym miały zamieszkać nasze dzieci. Po kilku nieudanych ciążach, w 2002 roku na świat przyszedł nasz wyczekiwany syn. Jak cudownie było zostać rodzicami! Syn dorastał, staraliśmy się zapewnić mu rodzeństwo, ale bezskutecznie….. W końcu we trójkę podjęliśmy decyzję – adoptujemy maluszka. Byliśmy otwarci na różnorodność i gotowość do przyjęcia dziecka niebiologicznego jako pełnoprawnego członka rodziny.
Zgłosiliśmy się do Ośrodka Duszpasterstwa Rodzin w pobliski mieście.
W ostatnim dniu szkoły odebraliśmy naszego syna i pojechaliśmy do Ośrodka z myślą, że załatwimy formalności i pojedziemy uczcić zakończenie 3 klasy. Tymczasem w Ośrodku czekała na nas już grupa gotowa do rozpoczęcia szkolenia dla przyszłych rodziców adopcyjnych.
Nasz syn siedział przez 5 godzin w ośrodku, świadomy, że rodzice są zajęci szkoleniem! Kilka razy przeczytał książkę – nagrodę, którą dostał wraz ze świadectwem. Nie marudził. Już wtedy zdawał sobie sprawę z celu naszej wizyty.
Po trzymiesięcznym kursie, wywiadach, badaniach psychologicznych spotkaliśmy się na rozmowie z księdzem, którego zaświadczenie miało być uwieńczeniem całego procesu przygotowania do adopcji.
Nie mieliśmy określonej płci dziecka. Do końca nie byliśmy zdecydowani, czy chcemy dziewczynkę, czy chłopca. Te wątpliwości skutecznie rozwiała nam ostatnia rozmowa, podczas której ksiądz zadał pytanie: „A co będzie, jeśli weźmiecie dziewczynkę i w wieku dojrzewania pojawią się między waszymi dziećmi uczucia inne niż te, które pojawiają się między rodzeństwem?” Decyzja została podjęta – chłopiec.
Kilka tygodni po wydaniu decyzji o naszej gotowości do adopcji, zadzwonił telefon: „W pogotowiu rodzinnym czeka na rodziców 7 – letni chłopczyk”.
Byłam w drodze do pracy. Popłakałam się ze szczęścia. 7 lat – to tylko 4 lata różnicy między naszym rodzonym synem. Po przeczytaniu opisu – informacji, którą otrzymaliśmy z Ośrodka adopcyjnego „ …dziecko zdrowe, urodzone siłami natury, chętnie bawi się z dziećmi, łatwo nawiązuje kontakty… ” powiedzieliśmy tak. Tak, on czeka na nas! Przez myśl nam nie przeszło, żeby szukać pochodzenia dziecka, dowiadywać się na temat jego przeszłości. Zresztą nie tak byliśmy formowani. Nikt nam nie powiedział, żeby cokolwiek sprawdzać. Całkowicie poddaliśmy się działaniom Ośrodka Adopcyjnego, konsultując wizyty z dzieckiem.
Oboje z mężem jesteśmy nauczycielami. Nasz dom jest przepełniony muzyką i językami obcymi. Kochamy podróże i spacery po lesie. Lubimy odkrywać nowe miejsca i poznawać ludzi. Mamy wielu przyjaciół w kraju i za granicą. Dziecko, które miało do nas przyjść, wg nadesłanej opinii „łatwo nawiązywało kontakty i chętnie bawiło się z dziećmi”. Idealnie pasował do naszego modelu rodziny.
To była końcówka roku kalendarzowego. Zbliżały się święta Bożego Narodzenia. Docierały do nas informacje, że dziecko rozpoczęło we wrześniu naukę w pierwszej klasie. W związku z tym, żadnemu z nas, przyszłym opiekunom, nie przysługiwał urlop wychowawczy. Nie martwiliśmy się tym, mając w perspektywie święta oraz ferie zimowe.
Po dwóch wizytach we w domu rodziny zastępczej, psycholog prowadząca zgodziła się, abyśmy wzięli dziecko przed świętami. Sprawa zalegalizowania adopcji (w sądzie) odbyła się w lutym 2014 roku.
Przyjechaliśmy do po chłopca. Ten bez okazywania najmniejszego oporu czy lęku pożegnał się z ciocią i wujkiem (rodziną zastępczą), i wsiadł do dużego, czarnego samochodu. Przemierzając kilometry mijaliśmy domy, które były już ozdobione choinkami i migocącymi światełkami. Piotruś zaczął nucić pastorałkę: „Świeć gwiazdeczko, mała świeć….” Podjęliśmy rytm i zaczęliśmy razem śpiewać: mama, tata, dwoje dzieci i dziadek, który jechał z nami.
Piotruś został „wrzucony na szerokie wody”. Mieliśmy zupełną świadomość tego, ale jednocześnie wykorzystywaliśmy czas świąteczno-noworoczny na rodzinne spotkania i wspólne kolędowanie, tak jak zawsze to robimy w naszych rodzinach. Jakże wielkie było nasze zdziwienie, kiedy po 3 dniach Piotruś nazywał nas mamą i tatą. Z naszym rodzonym synem bawił się, poznawał nowe zabawki.
Codziennie przed snem czytałam w pokoju chłopców bajeczkę. Przed snem każdy dostawał znak krzyża na czoło. Życie toczyło się tak jak wcześniej ze świadomością dopełnienia rodziny. Nauczyłam się gotować dla 4 osób. Wspólnie piekliśmy ciasta.
Miałam przeczucie, że takie codzienne rytuały przed snem, czytanie bajek i znak krzyża na czoło, tworzyły nie tylko intymną chwilę przed zaśnięciem, ale także wzmacniały poczucie jedności i bezpieczeństwa w naszej rodzinie. Wspólne pieczenie ciast nie tylko dostarczało pysznych rezultatów, ale również tworzyło niezapomniane chwile, które budowały historię naszej rodziny.
Poczucie dopełnienia rodziny jest często wynikiem nie tylko formalności, ale również tych codziennych, prostych czynności i chwil, które razem przeżywamy. Prostota życia rodzinnego i znaczenie małych, serdecznych gestów, wnoszą do życia codziennego radość i miłość. W takim duchu chcieliśmy wychowywać naszych chłopców.
Pod górkę – „Na miły Bóg, życie nie tylko po to jest by brać, życie nie po to by bezczynnie trwać”
Dosyć szybko zorientowaliśmy się, że Piotruś nie jada ryb, serów i niektórych wędlin. Przypomniały nam się słowa z kursu przygotowawczego. Mówiono o tym, że dzieci adoptowane mogą nie lubić niektórych potraw. Może się im to kojarzyć z jakimiś przeżyciami itd. Na początku zachęcaliśmy go. „Przynajmniej skosztuj”. „Spróbuj”. Z czasem przestaliśmy reagować na to ciągłe „nie”, ”nie chcę”, „nie lubię”. No cóż, nie to nie. Jadł to, co lubił najbardziej. Podjadał czekoladę, kiedy nie widziałam….
Mieszkamy w wiejskiej dzielnicy 60 tysięcznego miasta. Jest tutaj szkoła podstawowa z oddziałami integracyjnymi, do której uczęszcza około 100 dzieci. Od drugiego semestru roku szkolnego 2013/14 Piotruś kontynuował naukę w klasie pierwszej 500 metrów od naszego domu. Chodził do szkoły razem z kolegami i koleżankami z dzielnicy.
Przez pierwsze 3 klasy, codziennie po południu siadałam z Anrzejkiem i pomagałam mu w odrabianiu lekcji. Dziecko nie było przyzwyczajone do trzymania ołówka, kredki czy pióra w ręce. Pisanie liter, robienie szlaczków szło bardzo opornie. Kupowałam dodatkowe książeczki, które w formie zabawy uczyły liczenia. Rozwiązywaliśmy różne rebusy, zagadki.
Po kolejnych etapach nauki wczesnoszkolnej w ocenie opisowej wychowawca klasy oceniał, że Piotruś „potrafi współpracować w sytuacjach zadaniowych. Nie zawsze przestrzega zasad panujących w szkole. Powoli wykonuje zadania. Łatwo i chętnie nawiązuje kontakty z rówieśnikami. Zazwyczaj jest przygotowany do zajęć…” Piotruś cieszy się, że przechodzi z klasy do klasy. My razem z nim.
Po „ciężkiej pracy” każdemu należą się piękne wakacje. Jedziemy ze znajomymi w góry. Chodzimy na wycieczki, zwiedzamy jaskinie, a wieczorami gramy w gry planszowe. Któregoś wieczora syn znajomych, rówieśnik naszego Piotrusia oznajmia, że znalazł 20 zł pod poduszką. Wcześniej wypadł mu ząb. „To Wróżka Zębuszka przyszła do ciebie”, powiedział Piotruś W pokoju konsternacja. Zaczynamy dopytywać o Wróżkę Zębuszkę. Okazało się, że z portfela męża zniknęło 20 zł… . Nazajutrz całą ekipą jechaliśmy na basen. Piotruś w ramach kary za kradzież siedział w kawiarni ze mną i rozwiązywał rebusy słowno-liczbowe. Oczywiście niechętnie. Z płaczem, popijając sok owocowy. Tłumaczyłam mu, że nie wolno zabierać niczego nikomu bez jego wiedzy.
Lata mijały, coraz bardziej Piotruś stawał się samodzielny w pakowaniu do szkoły, w odrabianiu lekcji. Pani wychowawczyni często powtarzała swoim wychowankom, że to oni, a nie rodzice chodzą do szkoły. Często słyszeliśmy też na wywiadówkach o tym, aby jak najmniej wyręczać nasze pociechy. Mają stawać się samodzielnymi w przygotowaniach do szkoły.
Piotruś dostawał prace domowe, adekwatne do jego wieku i możliwości. Cóż, coraz częściej zdarzało się, że powierzone zadania są niemożliwe do wykonania. „Dlaczego nie wyniosłeś śmieci?” Odpowiedź brzmiała „Znowu ja?”, „Dlaczego ja?” . Starszy syn bez przydzielania, bez prośby ze strony rodziców sprzątał garaż, podwórko, odkurzał, kosił trawę, odśnieżał. U młodszego coraz częściej słyszeliśmy „NIE” . Nagrodą za dobre zachowanie było wspólne pójście do kina, na lody, do restauracji. Karą było wyłączenie telewizora, zakaz wyjścia z kolegami. Początkowo taki system działał. Z czasem z ust młodszego syna padały słowa zniechęcenia i obojętności „nie muszę iść do kina”, „nie chcę pójść na lody”, „jak nie, to nie”.
W szkole, gdzie pracuję, opowiadałam koleżankom o Piotrusiu. W czasie przerw często dyskutujemy o swoich dzieciach. Nie tylko o tych, które uczymy w szkole. Dziewczyny zapewniały mnie „nie martw się”, „ile razy mój syn mnie skłamał”, „rodzone dzieci często nie są podobne charakterem do siebie, a co dopiero przybrane”. Uspokajały mnie tymi słowami. W końcu każdy z nas jest inny i na tym polega życie, aby starać się zrozumieć drugiego człowieka. Pragniemy kochać i być kochani. Zależy nam na budowaniu dobrych relacji, opartych na wzajemnym zaufaniu i miłości.
Reakcje moich koleżanek pokazywały zrozumienie i akceptację dla różnorodności w relacjach rodzicielskich. Ich wsparcie i uspokajające słowa oddawały prawdę, że każda rodzina jest unikalna, a wyzwania związane z rodzicielstwem dotykają ludzi niezależnie od tego, czy są to rodziny biologiczne czy adopcyjne.
Kolejne wakacje. Kolejne wspaniałe chwile spędzone nad Adriatykiem. Wspólna zabawa w wodzie i planszówki na plaży. Wracamy do domu z wakacji i tradycyjnie wybieramy zdjęcia do wywołania i poukładania w albumie…. Piotruś wychodzi z domu, mówiąc że idzie na rolki z kolegami. Prosiłam, aby późno nie wracał. „końskim targiem” ustaliliśmy godz. 19.30. Nie zdążyłam ułożyć wszystkich zdjęć, kiedy Piotruś przybiegł zdyszany. „Nie było kolegów, nudno było”, powiedział i myknął do swojego pokoju. 15 minut później na podwórku pojawiło się dwóch funkcjonariuszy policji. „Czy tu mieszka Piotruś? Czy pani jest opiekunem prawnym, rodzicem?”
Piotruś niechętnie przyznał się gdzie i z kim był, i co zrobił. Później okazało się, że on był inicjatorem całej akcji. Podpalił ptaka na polu, w pobliżu posesji, gdzie znajdowała się drewniana wiata. Na szczęście budynek nie zajął się od ognia. Spaliły się tuje i ogrodzenie.
Po kilku dniach szkoda została przez nas naprawiona. Na nasz koszt. Rodzice pozostałej trójki dzieciaków nie partycypowali w zadośćuczynieniu poszkodowanemu sąsiadowi z odległej ulicy. Było pouczenie w Sądzie.
Od tego zdarzenia nie minęło wiele dni, a Piotruś dalej bawił się zapałkami, opalając kartkę papieru przy swoim biurku. Tłumaczyłam, że nie wolno tak robić. Nie powtórzyło się to, ale moja ufność została zachwiana.
Zabawa w chowanego
Czas mijał, dzieci dorastały. Nadeszła pandemia. Każdy z nas musiał pracować on-line. Początki były trudne. Wszyscy byliśmy zaskoczeni nową sytuacją. Starszy syn był w 2 klasie technikum, a młodszy w klasie 7 szkoły podstawowej. To było drugie półrocze. Wprowadziliśmy sobie w domu zasadę, że po skończonych lekcjach wychodzimy na spacer w pole. Wieczorami grywaliśmy w planszówki. Naszymi ulubionymi były Scrabble, Rummikub i od niedawna Pociągi. Wszystko wydawało się harmonijne, do południa nauka i praca. Między przerwami gotowałam obiad. W domu pachniało. Powoli taki tryb pracy zaczął mi odpowiadać. Robiło się coraz cieplej. Obostrzenia pandemiczne kurczyły się. Można było wychodzić do miasta.
Któregoś majowego poranka zadzwoniła do mnie wychowawczyni Piotrusia „Gdzie jest Piotruś? Dlaczego od 3 tygodni nie łączy się na lekcje?” Byłam zaskoczona tym pytaniem. Przecież każdy z nas siedział w swoim pokoju i łączył się ze swoją szkołą. Postanowiłam w moich przerwach podejść i sprawdzić, co robi Piotruś.
I tu zaczęła się „zabawa w chowanego”. Okazało się, że dziecko nie wie, gdzie ma zeszyt z danego przedmiotu, książki też się gdzieś zapodziały. Piotruś stawał się agresywny i pyskaty. Nie dopuszczał mnie do swojego biurka. Odpuszczałam, myśląc, jeśli nie zaliczy 7 klasy to wyjdzie mu to na dobre. Przedłuży edukację w szkole podstawowej i będzie miał czas na nadrobienie braków.
Piotruś miał trudności z matematyką. Nie potrafił biegle policzyć w zakresie 20! Ćwiczyliśmy z nim, szczególnie mąż. Co niedzielę przed obiadem ćwiczył z Piotrusiem dodawanie, odejmowanie, dzielenie i mnożenie.
Któregoś dnia zadzwoniłam do wychowawczyni klasy i poprosiłam o wsparcie. Pani odradzała mi kontakt ze szkolnym psychologiem „lepiej poza miastem”. Przesłała mi przez dziennik elektroniczny 2 numery telefonu do 2 gabinetów psychologicznych w pobliskim mieście. Opowiedziała mi o swojej córce, z którą jeździła na terapię „poza miasto”. To była końcówka roku szkolnego. Próbowałam kilka razy dodzwonić się do któregoś z podanych gabinetów. Jednak bezskutecznie.
Piotruś stawał się coraz bardziej niechętny do wspólnej nauki, do wspólnych wyjść. Na początku wakacji kupiliśmy małego pieska, który miał być pretekstem do wycieczek w góry. Piotruś miał się opiekować pieskiem podczas wycieczek. Pomysł wydawał nam się pełnym empatii i zrozumienia dla sytuacji Piotrusia. Troszczyliśmy się o kształtowanie dobrej i życzliwej atmosfery rodzinnej.
Piesek stał się nie tylko towarzyszem w górskich eskapadach, ale był także pretekstem do budowania poczucia odpowiedzialności. Chcieliśmy, aby Piotruś poczuł się ważny i odpowiedzialny, co mogło wpłynąć korzystnie na jego samopoczucie i relacje rodzinne. Fascynacja pieskiem i opieka nad nim nie trwała jednak długo. Po kilku miesiącach powróciły niechęć do wspólnych wyjazdów, unikanie rozmów czy wspólnej zabawy. Nie dawaliśmy za wygraną.
Lato mijało, a my postanowiliśmy dostosować się do nowej rzeczywistości związanej z pandemią. Zamiast wyjazdu za granicę, zdecydowaliśmy się spędzić czas bliżej domu. Na koniec sierpnia nadeszła okazja do świętowania – nasz starszy syn postanowił wyprawić swoje zaległe osiemnaste urodziny, które miałby wyprawić w czerwcu.
18 latek świętował w domu ze swoimi kolegami, a my postanowiliśmy wykorzystać okazję i zorganizować wakacje rowerowe na Opolszczyźnie. Wybraliśmy się we trójkę – ja, mój mąż oraz młodszy syn na niezapomnianą przygodę pełną rowerowych szlaków, pięknych krajobrazów i rodzinnej harmonii.
Opolszczyzna przywitała nas swoim urokiem i spokojem. Szlaki rowerowe prowadziły nas przez malownicze tereny, gdzie zielone pola i urokliwe wsie tworzyły niezapomniany krajobraz. Podczas jazdy rowerowej mieliśmy okazję delektować się świeżym powietrzem i cieszyć się wspólnym czasem, obserwując zmieniający się pejzaż wokół nas. Wieczorami wracaliśmy do naszego pokoju, gdzie mogliśmy odpocząć i dzielić się wrażeniami z trasy. Każdy dzień przynosił nowe przygody, a wieczory spędzane przy wspólnych grach planszowych były pełne rozmów, śmiechu i wspomnień. Nawet pomimo ograniczeń wynikających z pandemii, krótki wakacyjny wyjazd wydawał się być udanym.
W drodze powrotnej postanowiliśmy pojechać do Częstochowy. Piotruś nigdy wcześniej nie był na Jasnej Górze. Nastawiliśmy się na spokojne przeżycie atmosfery tego miejsca i skorzystanie z okazji do osobistej refleksji i podziękowania Matce Boskiej za udany wyjazd. Jasna Góra to nie tylko miejsce kultu religijnego, ale także ważny element polskiej historii i tradycji. Chcieliśmy, aby Piotruś poznał to miejsce i miał jak najwięcej tematów do opowiadania w szkole, po powrocie z wakacji.
Kiedy patrzę dzisiaj na zdjęcie z wieżą bazyliki w tle, widzę nasze twarze uśmiechnięte a Piotruś stoi z opuszczoną głową. Był obrażony na cały świat, kiedy w drodze powrotnej odebrałam mu telefon. Chciałam, aby obserwował otaczający nas świat.
Wracaliśmy do domu wypoczęci psychicznie. Telefony służyły tylko do kontaktu z domem. Trzy dni detoksu… Wydawało nam się, że dla Piotrusia też był to czas odpoczynku. Coś innego, niż zwykle latem morze i kamyczki. Tym razem sam na sam z rodzicami, we wspólnym pokoju.
Wróciliśmy do domu i jeszcze tego samego wieczora sprawdziłam pocztę. Ku mojemu zdziwieniu, czytam info o „Google Payement” . Liczę 6 transakcji na ogólną kwotę 178 zł. Pierwsze pytanie kieruję do starszego syna. W domu bawili się 18-latkowie. Który z nich korzystał z mojego komputera. „Mamo, w ogóle nikt nie wchodził do Twojego pokoju. Oglądaliśmy filmy w salonie. Siedzieliśmy na tarasie. Te płatności są za grę, w którą nikt z nas już nie gra”. No tak, pomyślałam, który z kolegów M. mógłby korzystać z mojego komputera. Przecież nie zna haseł.
Piotruś? Przecież nie zna hasła do mojego telefonu? Zostawiłam sprawę do rana. Chciałam pójść do banku i wyjaśnić sprawę. Ktoś przecież włamał mi się na konto i ukradł pieniądze.
Nazajutrz zapytałam ponownie młodszego syna „Ja nie, przecież ja tego nie zrobiłem, czemu na mnie?” Próbowałam wyczekać. W końcu Piotruś przyznał się. Skojarzyłam jego okrągłe okno w pokoju hotelowym. Świetnie tam się czuł. Przebywał więcej czasu tam, niż w łóżku. O godz. 5 rano budził się i dokonywał zakupów podczas grania on-line. Wyciszył mój telefon komórkowy, aby sygnał sms mnie nie obudził. Potrafił szybko odczytać kod sms potwierdzający transakcję i wykasować, zanim telefon wymagał pinu. Niestety na poczcie mailowej pozostał ślad.
Rozmawialiśmy na temat zagrożeń w sieci. Piotruś zapewniał, że nie był świadomy płatności. Obiecywał, że już nie powtórzy się sytuacja „z okna”. Chciałam mu ufać. Nie dał mi szansy.
Fatalny poranek – to nie miało prawa się stać; to nie miało prawa się udać
Od lutego 2021 adoptowany syn Piotruś już nie mieszka z nami. Jest pod opieką rodziny zastępczej. Koszmar trwa od września 2020, kiedy dostaliśmy niebieską kartę po tym, jak ówczesny 8-klasista nie chciał pójść rano do szkoły, na zajęcia dydaktyczno-wyrównawcze. Po 40 minutach dyskutowania – pyskowania…, mąż nie wytrzymał i uderzył dziecko. To był początek naszego dramatu…
Piotruś szedł do szkoły i wył w maseczkę przez całą wieś. Na pierwszej lekcji miał wychowanie fizyczne i nie rozebrał ponieważ stwierdził, że jest cały w siniakach. Z paczką kumpli pożegnał się, mówiąc, że wieczorem rodzice odwożą go do … domu dziecka. Tego dnia, wieczorem, przyszli do nas na podwórko rodzice z krzykiem i wrzaskiem „co się tu u was dzieje”, „dlaczego Piotruś wyjeżdża” – my z mężem w szoku, nikt nigdzie nikogo nie wywozi. Jeden z rodziców krzycząc domagał się zgody na zrobienie Piotrusiowi zdjęć rzekomych siniaków… Nazajutrz przyszedł przeprosić za zajście. W sądzie zeznał, że dał się wkręcić w „gierki małolatów”. Żadnych siniaków nie zauważył na ciele dziecka. Wstyd mu było za najście…
Jesień tamtego roku znów pokazała wzrost zachorowań na corona virusa. Już z końcem września szkoły przechodziły w tryb hybrydowy.
Pozostaliśmy w domu na 3 tygodniowej izolacji. Dzisiaj już rozumiem, dlaczego policja podjeżdżała pod nasz dom 3 razy w ciągu dnia. Mieliśmy już wtedy niebieską kartę.
Pisaliśmy do szkoły prośby o wysłanie zakresu materiału, który jest przerabiany. Nie było żadnego odzewu. Stwierdziliśmy, że skoro szkoła nie nalega, też nie będziemy przymuszać dziecka do pracy – mając z tyłu głowy niebieską kartę.
W domu panowała dziwna atmosfera. Każdy znajdywał sobie jakieś zajęcie.
Starszy syn uzupełniał lekcje, przesłane mu przez kolegów, później oglądał filmy w swoim pokoju.
Mąż komponował utwory na płytę regionalną. Ja pochłaniałam książki. Piotruś układał puzzle, przy mojej pomocy. Kłócił się ze mną, że mu za dużo nie pomagam. Grał na telefonie komórkowym. Dni mijały.
Incydent z kradzieżą z konta powtórzył się. Tym razem na kwotę ponad 900 zł. Winię siebie z jednej strony, że próbowałam zaufać dziecku i nie zrezygnowałam z aplikacji Google Payement.
Po drugiej kradzieży postanowiliśmy z mężem wprowadzić tryb oszczędnościowy. Mąż prosił Piotrusia aby podliczył w słupku ilość wydanych pieniędzy i przeliczył na każdy dzień miesiąca. Wprowadziliśmy system oszczędzania wody, kupując miski plastikowe na kształt umywalek w łazienkach. Kupowaliśmy tańsze produkty spożywcze. Zrezygnowaliśmy z drogich serów… W sądzie padały zarzuty, że ograniczyliśmy chłopcu jedzenie i mycie…
Po izolacji… powrót do pracy. Mając w pamięci tryb pracy Piotrusia pisaliśmy do pani dyrektor szkoły 3 pisma, prosząc o możliwość chodzenia dziecka do szkoły. W naszych placówkach dzieci, których rodzice zgłaszali prośby, były w szkole. Mąż i ja prowadziliśmy lekcje ze szkoły, w klasie, mając fizycznie kilku uczniów, a reszta łączyła się zdalnie. Starszy syn został w domu i pracował zdalnie. Nie chcieliśmy zostawiać obydwu, wiedząc, że Piotruś nie jest w stanie samodzielnie pracować i nadrobić 3 tygodni spędzonych w izolacji.
Ostatecznie dyrekcja zgodziła się, jednak padły argumenty typu „Piotruś będzie się czuł samotnie” Nie mogłam pozwolić na to, aby spokojnie pojechać do pracy, wiedząc, że Piotruś jest w domu. Nie miał telefonu, ponieważ po drugiej kradzieży miał zakaz korzystania na 3 tygodnie. Był to świetny argument dla szkoły, która stwierdziła, że rodziców nie stać na zapewnienie dziecku komputera, wypożyczą do domu i dziecko będzie pracowało zdalnie. Nie o to mi chodziło. Nie mogłam sobie pozwolić na ciągłe rewizje w szafkach, w całym domu, w celu poszukiwania schowanej komórki.
Piotruś wrócił do szkoły. Wprowadzono mu zajęcia z psychologiem szkolnym. Poranki były trudne. Kiedy ponaglałam dziecko, aby się pośpieszył, potrafił gwizdać w łazience przez 7 minut. A tu przecież rano, kiedy wszyscy wychodzą z domu na godz. 8.00 trzeba przyjąć jakieś tempo, a nie ociągać się. Piotruś robił to z premedytacją, na zasadzie „Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz”? Bałam się krzyknąć na dziecko, starałam się łagodnie mówić, oznajmić, że śniadanie gotowe. Na co Piotruś odpowiadał OKEJ i gwizdał dalej.
Jeszcze przed Świętami zostałam wezwana na policję. Zaczęło się postępowanie w związku z niebieską kartą…… Policjant zadawał mi pytania „ile razy doszło do pobicia, 30, 40, 50…razy „ Czułam się fatalnie. Czułam się nieswojo. Słyszałam wulgaryzmy, które wypowiadali policjanci w sąsiednich pomieszczeniach. Drzwi były uchylone. Starszy syn odmówił zeznań. Do dzisiaj żałuję, że nie zrezygnowałam z zeznań na policji. Powiedziałam, że mogło dojść do 3-4 klapsów w ciągu 7 lat, od kiedy Piotruś zamieszkał z nami. Też miałam prawo i mogłam nie składać zeznać. Sąd nie bierze pod uwagę zeznań naszych świadków. Uczepił się 3-4 klapsów z mojej wypowiedzi. Mąż ma sprawę karną za znęcanie się fizyczne i psychiczne nad dzieckiem adoptowanym.
Szkoła nie zrobiła żadnych oględzin. Bez dowodów wlepiła nam niebieską kartę. Nasuwa mi się pytanie „kto chciał zabłyszczeć”, „kto chciał dopisać do swojego CV interwencję?” Przecież jesteśmy znani w szkole. Kilka lat wcześniej, kiedy starszy syn kończył szkołę, odbieraliśmy nagrodę dyrektora za dobre wychowanie i współpracę”.
Mąż od 30 lat jest znanym, cenionym nauczycielem. Ma w swoim dorobku kilka nagród, w tym prezydenta miasta oraz kuratora oświaty. Od początku swojej kariery pedagogicznej prowadził chór młodzieżowy. Spod jego batuty wyszli uczniowie, którzy dzisiaj są znani z polskiego filmu, teatru…
W szkole zapewniano nas, że Piotruś jest bardzo miłym i bardzo dobrym kolegą. Zawsze uczynny i pomocny… W domu – zupełnie inne dziecko. Pani psycholog szkolna (która wyśmiała opinię biegłej psycholog sądowej) zrezygnowała z pracy w szkole, po tym jak zakończyła terapię z Piotrusiem (w ramach szkoły, w 8 klasie). W sądzie zeznając, zauważyła kilka nieprawidłowości ze strony systemu adopcji… Pani wychowawczyni poszła na roczny urlop zdrowotny…
Biegła psycholog przesłuchiwała Piotrusia w grudniu 2020 roku i gdy wyszła z sali, w sądzie, poprosiła mnie, abym przyjechała na badanie do „Coś mi tu śmierdzi. Nie mogę tego tak zostawić. Proszę przyjechać na badania”. W wyniku badania dowiedzieliśmy się, że dziecko przejawia postawę ksobną [mowa o: postawie egocentrycznej; u dziecka oznacza, że postrzega ono świat głównie ze swojej perspektywy, nie uwzględniając punktu widzenia innych osób] i ma przesłanki do psychopatii. „Rozwiążcie czym prędzej adopcję, bo on was zniszczy… albo znajdźcie mu psychologa, niech wyrzuci wszystko co mu leży na wątrobie, na to nie ma żadnej terapii…”
Z jednej strony byliśmy przerażeni słowami pani biegłej, ale kiedy przeanalizowaliśmy zachowania Piotrusia potwierdzała się diagnoza specjalisty. Po raz pierwszy ktoś nazwał fachowo to, z jaką postawą dziecka mieliśmy do czynienia. Niestety z panią biegłą psycholog nie możemy być w żadnym kontakcie, z uwagi na dobro śledztwa… Podczas ostatniej rozprawy pani biegła psycholog zaprzeczyła, że sugerowała nam rozwiązanie adopcji…
Zaczęliśmy wyszukiwać w Internecie co to jest postawa ksobna. Kiedy przeczytaliśmy charakterystykę postawy buntowniczo-opozycyjnej, przeraziliśmy się. Widzieliśmy przykłady w zachowaniu Piotrusia. Nie potrafiliśmy wcześniej tego nazwać fachowo. Nawet rozmowy z koleżankami w pracy nie wzbudziły we mnie podejrzeń. Zachowania Piotrusia wydawały się „normalne”. A jednak…
Postawa buntowniczo-opozycyjna (ang. Oppositional Defiant Disorder, ODD) to zaburzenie behawioralne, które charakteryzuje się uporczywym wzorcem negatywnego, opornego i nieposłusznego zachowania wobec autorytetów. To stan, który może występować u dzieci i młodzieży, a objawy zazwyczaj pojawiają się przed 8. rokiem życia. ODD może wpływać na funkcjonowanie społeczne, szkolne i rodzinne.
Oto kilka cech charakterystycznych postawy buntowniczo-opozycyjnej:
Uporczywe odrzucanie autorytetów: Dzieci z ODD często odrzucają autorytety, nie chcą podporządkować się zasadom i zazwyczaj są oporni wobec nakazów.
Nawracające wybuchy złości: Mogą łatwo wpadać w złość, wykazywać drażliwość i trudności w kontrolowaniu emocji. Często ich reakcje są nadmiernie intensywne w porównaniu do sytuacji.
Nawracające kłamstwa i oszustwa: Niektóre dzieci z ODD mogą mieć trudności z prawdomównością, często sięgają po kłamstwa i manipulacje.
Nieprzystosowanie społeczne: Mogą unikać kontaktów z rówieśnikami, mieć trudności w nawiązywaniu przyjaźni, a ich zachowanie w grupie może być nieakceptowane.
Opór wobec zasad szkolnych i rodzinnych: Często buntownicze zachowanie objawia się w szkole i w domu, a dziecko może konsekwentnie łamać zasady i regulaminy.
Rozpoczęliśmy terapię psychologiczną. Zdążyliśmy być 3 razy….
Hejt – ktoś słowem złym zabija tak jak nożem
W styczniu 2021 zaczęły się wizyty pań z MOPsu – w związku z niebieską kartą.
Asystentka rodziny, pani M. odwiedziła nas dwukrotnie – jedna wizyta – rozmowa z Piotrusiem, druga wizyta – rozmowa z nami (rodzicami). W dalszej części z udziałem Piotrusia. Tonem atakującym zarzuciła nam, „dlaczego zabroniliśmy dziecku udział w komersie?”, „dziecko powinno mieć swój telefon i komputer”, „macie założyć dziecku konto w banku”… Z naszej strony spotkało się to z odmową – dosłownie powiedziałam pani asystent, że niestety nie dostosujemy się do jej zaleceń, gdyż uważamy inaczej, mamy pewne zasady w domu, może jesteśmy „niemodni”, ale dziecko powinno odczuć, że jeśli nie poprawi swojego zachowania, musi mieć ograniczenia. Sprawa komersu, na zakończenie 8 klasy, ucichła w związku z pandemią. Piotruś nie wspominał w ogóle o komersie. Nagle pojawiła się w kontakcie z panią asystent… W sądzie ta sama pani asystent zeznaje tonem sprawczym „wydaje mi się”, „w mojej opinii”… Uważa za karalne odmówienie dziecku udziału w zabawie (której nie było), wg niej dziecko mieszkało w schowku na miotły, było głodzone, nieubrane, niedomyte…
Była jeszcze wizyta pani kurator z sądu. Rozmawiałyśmy w salonie na temat życia w naszym domu. Pani kurator stwierdziła, że „bardzo przyjemnie tutaj u was…) – była choinka, stajenka. Kiedy rozmawiałyśmy o trudnościach w wychowaniu Piotrusia, jego agresywnym zachowaniu wobec rodziców, powiedziała wprost „To rozwiążcie adopcję”. Chłopak siedział na schodach i przysłuchiwał się całej rozmowie. Ja poczułam się trochę nieswojo, pytając panią kurator, dlaczego mówi te słowa przy chłopcu. Zapytała o wiek i stwierdziła, że 14 – latek powinien wiedzieć co go czeka. Wypowiedź pani kurator, sugerująca rozwiązanie adopcji, była zaskakująca i emocjonalnie obciążająca, zwłaszcza gdy zabrzmiała w obecności samego dziecka.
Druga wizyta pani kurator odbyła się w słoneczną niedzielę, w dniu, kiedy grała Orkiestra Świątecznej Pomocy. Męża nie było (występował z chórem). Kiedy wracałam z pieskiem ze spaceru Piotruś rozmawiał z panią kurator przed bramą wjazdową. Nie mam pojęcia co jej naopowiadał. Pani kurator zadała mi 3-krotnie pytanie „Czy coś się u was dzieje?” Nie rozumiałam tych pytań i odpowiedziałam jej grzecznie, że nie jesteśmy rodziną patologiczną. Nie lejemy się ani nie wyzywamy…. Wówczas podała mi i chłopcu swój numer telefonu, „w razie gdyby coś…” Odpowiedziałam jej, że Piotruś i tak nie ma komórki – wówczas on szybko odpowiedział, że zadzwoni (do p. kurator) ze szkoły. Do dnia dzisiejszego zastanawiam się, co naopowiadał pani kurator, wtedy przed bramą wjazdową na naszą działkę… Pani kurator o mało co, nie popłakała się w sądzie, kiedy zeznawała jak strasznie źle było w naszym domu. Dziecko nie miało ubrań. Chodziło w cienkiej kurtce, kiedy za oknem był mróz… Dzisiaj już wiem, że to jej wizyta przyspieszyła decyzję sądu o natychmiastowej eksmisji dziecka do rodziny zastępczej…
21 lutego 2021 o godz. 8.00 wtargnęły do domu panie z MOPsu – pani asystent oraz inna, nie znana wcześniej (Piotruś był w szkole) z pismem z sądu o natychmiastowym umieszczeniu dziecka w pieczy zastępczej…”Piotruś już tutaj nie wróci”, krzyczały i ponaglały, aby podpisać nakaz sądowy.
Nie wiedzieliśmy co się dzieje, dlaczego tak nagle zabrali dziecko…Czy to jakiś MATRIX?
Kiedy po kilku tygodniach dotarliśmy do akt w sądzie dowiedzieliśmy się z treści pisma MOPSu do sądu, że dziecko mieszkało w korytarzu, było głodzone. Nie dowierzaliśmy temu, co tam było napisane…
Mąż dostał wyrok nakazowy. Zawieszony został przez kuratora oświaty. Od 4 lat nie może pracować w szkole. Nasza pani adwokat złożyła apelację. Po kilkunastu rozprawach, wysłuchaniu świadków sąd rejonowy uniewinnił męża, prokurator wniósł jednak apelację. Sprawa trafiła do sądu okręgowego – przesłuchiwana była pani asystent, która przedstawiła nas, nasz dom jako źródło przemocy, gdzie dziecko fatalnie się czuło –mówiąc, że „spało w korytarzu, w miejscu na szczotki” – tu chciałabym zaznaczyć, że w naszym domu nie ma żadnego korytarza – inne pracownice MOPS-u przyszły na oględziny, po tym jak dziecko zabrano i zeznały w sądzie rejonowym o warunkach, w jakich wcześniej mieszkało dziecko. „Pokój był mały, ale wystarczający dla 1 osoby”.
Sąd okręgowy oddalił sprawę. Wróciła do sądu rejonowego, do ponownego rozpatrzenia …. Tym razem pod kontem znęcania się psychicznego nad dzieckiem. Mam wrażenie, że prokurator za wszelką cenę nie może przegrać sprawy.
Sędzina, żona prokuratora, robi wszystko, aby męża skazać. Teraz sprawa nie toczy się o znęcanie fizyczne, ale o znęcanie psychiczne….
Sędzina stawia mi pytanie o to, czy kupowałam dziecku ubrania. To, że w niedzielę mąż siadał w kuchni i ćwiczył z dzieckiem matematykę też jest uważane jako znęcanie się psychiczne….
Mam wrażenie, że sprawa nabiera coraz bardziej charakteru groteski, niekończącej się historii. 4 lata sąd próbuje udowodnić mężowi znęcanie się nad dzieckiem, kiedy od samego początku nie dysponuje żadnymi zdjęciami. Opiera się tylko na pomówieniach asystenta rodziny, który był u nas tylko albo aż 2 razy. Zeznania naszych świadków mało znaczą. Tutaj chodzi o uratowanie dziecka adoptowanego i ukaranie rodzica adopcyjnego, który nie podołał zadaniu.
Niedługo po odebraniu nam dziecka złożyliśmy do sądu sprawę o rozwiązanie przysposobienia.
Piotruś świetnie czuje się u cioci i wujka. Rzekomo, nie sprawia żadnych problemów. Od razu na dzień dobry była komórka i Play Station. U nas tego nie miał. Tęskni podobno za pieskiem… Jest pod opieką psychologa. Tuż po odebraniu dziecka kilka razy dzwoniliśmy do rodziny zastępczej. Piotruś nie chciał podejść do telefonu. Po jedynej rozmowie z nami (w marcu 2021) przez 3 dni podobno chodził „jakiś niemrawy” – wg obserwacji rodziców zastępczych.
Kilka dni temu (listopad 2022) mąż otrzymał telefon od policjanta, którego syn koleguje się z Piotrusiem. Podobno chłopcy przesyłają sobie na komórkach treści, o których zaniepokojony policjant nie chciał mówić… My nie mamy już kontaktu z Piotrusiem. Na spotkaniu zespołu w MOPSie (w gronie rodziców zastępczych i ich opiekuna z MOPSu) słyszeliśmy same pochwały dziecka, o tym jak bardzo darzą go zaufaniem, portfel zostawiają na wierzchu, Piotruś ma swój klucz do domu. Kiedy zapytaliśmy o kontakt z policjantem w sprawie telefonów jego syna i Piotrusia, bardzo szybko rodzice zastępczy ukrócili temat. „A to… już wszystko wyjaśnione”. Opiekunka MOPSu nawet nie zapytała o co chodziło. Nie było tematu.
Rodzina zastępcza twierdzi w sądzie, że chcieliby, aby każde dziecko było takie jak … Piotruś.
Od 4 lat mąż, starszy syn i ja zostaliśmy pozostawieni samym sobie. Bez pomocy psychologa z urzędu. Po 4 latach 2 spraw w sądzie, żadna z nich nie jest do końca rozstrzygnięta.
Sprawę o adopcję kolejny raz przegraliśmy, pomimo tego, że w opinii biegłych psychologów stwierdzono, że nigdy nie było więzi między nami. Piotruś wyraźnie powiedział, że nie chce wrócić do domu. Dobrze czuje się u „cioci i wujka”.
Chłopak skończył 18 lat, szkołę zawodową o kierunku fryzjerskim. Podobno uczy się dalej w technikum. Rodzice zastępczy kupili mu mieszkanie. A my od 4 lat płacimy alimenty w wysokości 1000zł miesięcznie.
Nasza pani adwokat stwierdziła, że niepewność jest wpisana w nasze życie codzienne jeszcze przez nie wiadomo ile lat…
Dzisiaj mam problem, kiedy modlę się „… i odpuść nam nasze winy jako i my odpuszczamy naszym winowajcom…”.
W tym tygodniu już miał nastąpić wyrok w sprawie karnej. Po płomienistej mowie i podsumowaniu naszej pani adwokat mieliśmy cichą nadzieję, że w końcu wygramy.
Niestety sędzina uczepiła się 3-4 klapsów, które przesądziły o tym, że mąż jest pozbawiony wolności na 6 miesięcy w zawieszeniu na 2 lata. Nie wspomnę kosztów sądowych…. Nie dajemy za wygraną. Nasza pani adwokat pisze kolejną apelację… Nam już dosłownie ręce opadają, tracimy jakąkolwiek nadzieję na sprawiedliwą ocenę…
Tydzień temu mąż, robiąc zakupy w markecie, poczuł poklepywanie po plecach. „Cześć tata” – usłyszał. Piotruś (do końca nie wiadomo, czy świadomy całej sprawy, przy swojej adwokat z urzędu, która dosłownie chce wsadzić męża do więzienia), jakby nigdy nic się nie stało.
Czasem zadaję sobie pytanie, kto tu kogo psychicznie wykańcza….